23. Za wszelką cenę…

Sobota, 22.06.12
Zerwałam się z łóżka i usiadłam cała zdyszana i oblana potem. Znowu zły sen. Chwyciłam kurczowo poduszkę leżącą obok i spojrzałam na zegarek, próbując uspokoić rozkołatane serce. 4:30 rano. No pięknie. Teraz już nie zasnę. Podeszłam do okna i starałam się zapomnieć o wszystkim, co wydarzyło się we śnie. O stojących w płomieniach rodzicach, którzy ze spokojnym wyrazem twarzy mówili coś do mnie. Ja stałam po drugiej stronie, bezpieczna. Czułam jedynie żar ognistych języków, unoszących się tuż przede mną.
Przejechałam ręką po twarzy, upewniając się, że to faktycznie był tylko sen. Wyczuwałam u siebie stan podgorączkowy, który był zapewne wywołany koszmarem. Nic innego mi nie dolegało.
Jednak nie to wspomnienie ze snu zrobiło na mnie największe wrażenie. W płonącym domu znajdował się też Justin. Patrzał prosto w moje oczy i śpiewał cicho nieznaną mi piosenkę. Wsłuchiwałam się w nią, coraz bardziej się uspakajając, aż nagle zapadła się pod nim podłoga. Wtedy się obudziłam.
Przypomniało mi się, jak podczas mojej ucieczki traciłam grunt pod nogami, zbiegając po schodach na dół. Odruchowo spojrzałam na bliznę po tym zdarzeniu, znajdującą się na wewnętrznej stronie nogi. Porządnie się wtedy rozcięłam, ale to było nic w porównaniu do rozległych oparzeń, które bolały o wiele bardziej. Teraz nie ma po nich prawie śladu dzięki specjalnym lekom.
Ahh… znowu przyłapałam się na rozpamiętywaniu tamtej nocy! – miałam do siebie żal. Nie powinnam tego robić. Westchnęłam i otworzyłam szeroko okno, przy którym stałam. Wzięłam głęboki oddech, a następnie wypuściłam całe powietrze z płuc, czując się jakbym wyrzucała z siebie negatywne emocje. Usiadłam na parapecie i zawiesiłam wzrok na uśpionym Los Angeles.
Tak tu spokojnie. – pomyślałam. – Cała dzielnica pogrążona we śnie zdaje się nie przejmować radosnym ćwierkaniem ptaków. Pewnie odsypiają imprezy, które niedawno dobiegły końca.
Ciekawe co robi Justin? Zapewne śpi. W końcu co miałby robić o takiej godzinie? Kto jak kto, ale on nie należy do rannych ptaszków. Uśmiechnęłam się, przypominając sobie jego minę, gdy musiał wcześniej wstać. Taaak… i ten artystyczny nieład na głowie… – zamyśliłam się. – Eh… nie mogę ciągle o nim myśleć. – skarciłam się.
Chwyciłam komórkę i sprawdziłam czy nie mam nowych wiadomości. Pustka. Zaczęłam od niechcenia przeglądać stare konwersacje. W pewnym momencie natknęłam się na rozmowę z Connie, moją przyjaciółką. Na śmierć zapomniałam powiedzieć wujkowi, że spodziewam się jej odwiedzin za tydzień w poniedziałek. Kilka dni wcześniej będzie miało miejsce zakończenie roku szkolnego, po którym dziewczyna spakuje się i przyleci do mnie. Tak się cieszę, że ją zobaczę! Tęsknię za nią strasznie. Mamy sobie tyle do powiedzenia, że chyba przez cały pobyt Connie nie zdołamy się sobą nacieszyć. Mam nadzieję, że rodzice pozwolą jej zawitać u mnie na trochę dłużej. Mieszkamy od siebie tak daleko, że to jest chyba jedyna okazja w ciągu roku, by się spotkać.
Zaczęłam wspominać nasze wspólne przygody i całe dnie spędzone w swoim towarzystwie. To były czasy! Byłyśmy jak papużki nierozłączki. Oczywiście miałyśmy momenty kłótni i niezgody, ale kto ich nie ma? Przyjaźń polega na tym by być szczerym, nawet jeśli prawda zaboli, a także na wybaczaniu, ufaniu i przyjacielskiej miłości. My miałyśmy to wszystko i byłyśmy szczęśliwe. Chyba nigdy nie będę miała drugiej takiej przyjaciółki, dlatego ważne jest, by utrzymywać z nią kontakt za wszelką cenę. Nigdy wcześniej nie doceniałam tak bardzo Connie, jak teraz, gdy mi jej brakuje.
Ani się nie obejrzałam, a już była 7:00. To odpowiednia godzina, by zejść do kuchni i zacząć przygotowywać śniadanie. Ubrałam się i zbiegłam cicho po schodach, starając się na razie nie budzić wujka. Szybko uporałam się ze sporządzeniem zdrowego posiłku, który moim skromnym zdaniem zaliczał się do jadalnych. Ciekawa jestem co na to Scooter? Przekonajmy się więc.
Stanęłam przed drzwiami wujka i zapukałam. Żadnej odpowiedzi. Spróbowałam jeszcze raz, i kolejny, i tak chyba z dziesięć razy, nasilając intensywność uderzeń. Jak można spokojnie spać przy takim hałasie? – zachodziłam w głowę waląc w drzwi. – Ugh… to na nic! Uprzejmie donoszę, że za dziesięć sekund wchodzę. – pomyślałam i zaczęłam odliczać. – Dziesięć, dziewięć,…, dwaaaa, jeeeedeeennnn… – położyłam rękę na klamce i już chciałam nacisnąć, ale ktoś szybszy mnie uprzedził i moim oczom ukazał się Scooter. Mało zawału nie dostałam. Odeszłam krok w tył i przyjrzałam mu się uważnie. Był zwarty i gotowy. Ale jak?!
- Stało się coś, że się tak dobijasz od kilkunastu minut? – zapytał, jak gdyby nigdy nic.
Pokręciłam lekko głową, zaprzeczając. Ciągle nie mogłam zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi.
- No to nie rozumiem po co ten cały cyrk. A może chciałaś mnie obudzić? – uśmiechnął się łobuzersko.
A niech to! Wykiwał mnie i zrobił ze mnie idiotkę. Nie daruję mu tego! Słowo daję! Ja tu się staram, żeby wszystko mu smakowało i żeby nie cierpiał zbytnio przez nowy styl żywienia, a on mnie perfidnie wyśmiewa. Ugh… całe szczęście, że Justin tego nie widzi, bo chyba by pękł ze śmiechu, a ja zapadłabym się pod ziemię aż do Azji, czy gdzieś po drugiej stronie planety.
- Tylko, że ja nie spałem, Pie. – zaśmiał się i wyminął mnie w korytarzu, zmierzając do kuchni.
Czyżby nowe przezwisko? Pie?! Też coś! Ja bym wymyśliła lepsze. Pie, phi… niedoczekanie jego. Obróciłam się na pięcie i ruszyłam za nim. Po drodze minęłam lustro. Coś przykuło mi w nim uwagę, więc cofnęłam się parę kroków. Spojrzałam uważniej. CO?! No nie wierzę, jak on mógł?! Co to jakieś prima aprilis?! – wkurzałam się.
Przede mną widziałam swoje odbicie, ale z domalowanymi wąsami i okularami. W momencie moja skóra na twarzy zmieniła kolor z różowego na czerwony. Mój kochany wujaszek idealnie na wysokości mojej twarzy namalował na lustrze te oto dwie rzeczy. Dotknęłam palcem języka i przyłożyłam go do szklanej powierzchni, próbując zmazać rysunek. Niestety wszystko na marne. Zrobił to markerem na płyty CD. Nie zejdzie tak łatwo, jak sobie życzyłam. Zrezygnowana, machnęłam ręką na ten incydent i ruszyłam w stronę wujka. Oj, nie daruję ci tego! Chcesz wojny, to będziesz ją miał! – pomyślałam i zatarłam ręce.
Weszłam do kuchni i usiadłam przy zastawionym stole. Uśmiechnęłam się przesadnie słodko i kiwnęłam, byśmy rozpoczęli posiłek. Scooter spojrzał na mnie z przymrużonymi oczami i wypił łyk swojej kawy, ciągle mi się przyglądając. Zamrugałam oczami, jak to robią czasem w filmach i wzięłam do ust pierwszą porcję sałatki. Starałam się jak najbardziej pokazywać swój zachwyt leżącym przed nami jedzeniem, tak by dać mu nauczkę. Chyba nie był zadowolony perspektywą naszego śniadania i mrucząc coś pod nosem wstał i zabrał się do przeszukiwania półek. Ha! Nic tam nie znajdzie! Wszystko wyrzuciłam.
- Chyba zjem coś na mieście. – powiedział w końcu.
- ‘Wujku, nie po to przygotowuję zdrowe rzeczy, żebyś ty potem jadł poza domem. To dla twojego dobra. Chcę mieć zdrową rodzinę.’ – napisałam pospiesznie i dałam mu kartkę.
- Pie, ale ja nie mogę tego jeść. Nie umiem… – westchnął. – Mężczyzna potrzebuje mięsa, a nie – wskazał na sałatkę – trawy.
- ‘Dobrze. Zrobimy tak. Zjesz teraz ze mną śniadanie, a ja na obiad przygotuję coś „mięsnego”, zgoda?’ – popatrzałam na niego maślanymi oczami.
- Niech ci będzie. – uśmiechnął się. – No, chodź tu do mnie. – wyciągnął do mnie ręce.
Podeszłam do niego i wtuliłam się. Co by nie było, na nim mogę polegać.
- Widziałaś może nasze lustro na górze? – zapytał.
O nie! Tego ci nie daruję! Spojrzałam na niego gniewnie i zaczęłam uderzać go pięściami. Scooter roześmiał się i zaczął mi oddawać kuksańcami w boki, które przerodziły się w gilgotanie. Czy mówiłam już, ze mam łaskotki? Tak, mam, i to straszne! Podskakiwałam za każdym razem, gdy mnie dotknął. W końcu zaczęłam uciekać po całym domu. Udało mi się zamknąć w swoim pokoju i usiadłam pod drzwiami, starając się uspokoić oddech. Tak bardzo chciało mi się śmiać. W pewnym momencie usłyszałam jak Scoot z kimś rozmawia.
- Co, ja? Nie. No, może troszkę. Właśnie goniłem Pie. – mówił równie zdyszany. Z kim on może rozmawiać? – Dlaczego? Bo mnie torturuje sałatkami, a potem jeszcze bije! – wyżalał się. – Nie do końca… ja też jej trochę dzisiaj zaszedłem za skórę… – kontynuował. Stawiam na Justina albo Grace. – Zobaczysz, jak wrócisz… – na pewno Justin. – A! I wiesz, co wyczaiłem? Pie ma gilgotki! I to jakie! – wielkie mi rzeczy, zdarza się… . – No, takie nowe przezwisko jej wymyśliłem. Fajne, co nie? – chwalił się. – Dobra, pozdrów rodzinkę i bawcie się dobrze. Pa! – skończył.
- Mała? Jesteś tam? – zapukał delikatnie. W odpowiedzi uderzyłam ręką w drzwi. – Bo ja muszę się zbierać. Pożegnasz się ze mną?
Ehhh… niech mu będzie. Wstałam i wyszłam na korytarz.
- ‘Gdzie jedziesz? Na długo?’ – napisałam. Szczerze mówiąc perspektywa całego dnia spędzonego w samotności w domu nie była zachwycająca.
- Jadę załatwić parę spraw na mieście i naprawdę nie mam pojęcia kiedy wrócę, pewnie jakoś popołudniu. – wyjaśnił. – dasz sobie radę?
- ‘Jasne.’
- Zuch dziewczynka! No to się zbieram.
- ‘Poczekaj!’ – napisałam szybko i chwyciłam go za rękaw. Gdy się odwrócił, dopisałam: – ‘W przyszły poniedziałek przyjedzie do mnie przyjaciółka, czy mogła by zostać u nas na trochę? Mieszka daleko i moim zdaniem nie opłaca jej się przyjeżdżać na kilka dni… Bardzo mi zależy!’
- Oczywiście, że tak! Niech zostanie ile chce. Bardzo się cieszę, że będziesz miała koleżankę na wakacje. – odpowiedział uradowany.
- ‘Ja też! Dziękuję!’ – rzuciłam mu się na szyję. – ‘Jesteś kochany!’
- Wiem. – zaśmiał się.
Gdy Scooter zniknął z korytarza w podskokach wróciłam do pokoju i rzuciłam się na łóżko. Leżałam patrząc w sufit i uśmiechając się jak głupi do sera. Byłam taka szczęśliwa! Wreszcie spotkam moją kochaną Connie! Mam tyle planów, że nie wiem od czego najpierw zacznę. Może od początku?
Cały dzień niemiłosiernie mi się nudziło. Przejrzałam wszystkie gazety, które znajdowały się w domu, pooglądałam kilka filmów i przeczytałam nawet jedną książkę, mimo że nie jest to co lubię robić najbardziej. Nawet gdy wujek wrócił nie miałam nic ciekawego do roboty. Tak więc po zjedzeniu kolacji i posprzątaniu po niej, oboje położyliśmy się do łóżek. Jeszcze przed pójściem spać przeczytałam fragment z Pisma Świętego i rozmyślałam nad nim przez pewien czas. Bóg ma nam tyle do powiedzenia, a my odtrącamy Jego Słowo myśląc, że nie jest nam Ono potrzebne do szczęścia. To takie przykre, że czasem nawet dziesięciu minut nie poświęcamy dla Niego, a to On dał nam nasze życie. I w dodatku mamy jeszcze pretensje dlaczego jest tak, a nie inaczej. Człowiek jest bardzo niewdzięczną istotą.
W nocy
Oczami Scootera
Do moich uszu doszedł bardzo dziwny dźwięk. Zaspany wstałem i przetarłem twarz dłońmi. Czy naszym sąsiadom urodziło się ostatnio małe dziecko? Nie przypominam sobie, żeby coś ostatnio budziło mnie o 2 w nocy. Zmęczony przymknąłem powieki i na stojąco wsłuchiwałem się w krzyk. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że nie jest to głos niemowlaka, tylko kobiety i w dodatku dochodzi z mojego domu. Narzuciłem na siebie szlafrok i wyszedłem na korytarz, gdzie wszystko było jeszcze głośniejsze. Nagle mnie zamurowało. To Hope! Podbiegłem do jej drzwi i szybko wszedłem do środka. Na łóżku leżała zapłakana nastolatka, która histerycznie krzyczała coś. Wyłapałem co poniektóre słowa i doszedłem do wniosku, że na pewno ma to związek z tragedią mającą miejsce pewien czas temu. Starałem się ją uspokoić ale to na nic. Była jak w transie. Przerażony nie na żarty zadzwoniłem do pierwszej osoby, która nasunęła mi się na myśl – Justina.
- Hej, gdzie jesteś? – mówiłem najspokojniej jak mogłem, ale trzęsący się głos sam zdradził, że coś jest nie tak.
- W domu. – odezwał się zaspany chłopak. – wróciłem późno, więc nie chciałem was budzić. – wytłumaczył i ziewnął. – Coś się stało, Scoot?
- Mam problem z Hope, ona… – nie dał mi dokończyć.
- Już idę! – i zakończył rozmowę.
Byłem niezmiernie zdziwiony jego szybką reakcją, jednak nie to zaprzątało mi w tym momencie głowę. Wróciłem do siostrzenicy nadal bezskutecznie starałem się nawiązać z nią kontakt. Bałem się o nią. Była taka krucha i słaba. Jej twarz stawała się coraz bardziej sina od płaczu. Po czole spływały wielkie krople potu, które łączyły się ze łzami.
Usłyszałem jak ktoś wbiega po schodach, a gdy odwróciłem głowę ujrzałem w drzwiach zmartwionego Justina. Chłopak usiadł na łóżku i bez chwili zastanowienia podniósł Hope do pozycji siedzącej i mocno ją przytulił. Szeptał coś do niej i ani na moment nie spuścił z niej wzroku. W końcu nastolatka zaczęła się uspokajać.
- Hope, słyszysz mnie? – powiedział, delikatnie gładząc jej głowę.
- Już z nią lepiej. – westchnąłem.
Dziewczyna podniosła głowę i spojrzała spod pomierzwionych włosów, najpierw na Justina, a potem na mnie. Gdy jej wzrok natknął się na moją osobę, szybko schowała twarz w koszulce chłopaka.
- Scoot, możesz nas zostawić na chwilę samych? – spytał niepewnie mój podopieczny.
- Jasne, dzięki za pomoc, Jus. – odpowiedziałem i wyszedłem z pokoju, zamykając cicho drzwi.
Gwałtownie wypuściłem powietrze z płuc. Chyba już dzisiaj nie zasnę. Za dużo emocji.
Oczami Justina
- Hope, wujek już wyszedł. – oznajmiłem. Wiedziałem, że moja przyjaciółka nie była w tym momencie gotowa na jakiekolwiek wyjaśnienia, a tym bardziej Scooterowi. Najpierw musi się w ciszy uspokoić.
W odpowiedzi pokiwała delikatnie głową. Po chwili usłyszałem cichy szloch. Na pewno płakała, bo czuła się w tym wszystkim zagubiona. Nie dziwię jej się.
- Hej, mała, spokojnie. Nie przejmuj się tym. – nie wiedziałem co powiedzieć, żeby dodać jej otuchy. – Przynieść ci wody? – zapytałem i nie dostając żadnej odpowiedzi puściłem Hope i wstałem po napój. Jednak nie zaszedłem daleko, bo mała gorąca ręka chwyciła kurczowo moją. Odwróciłem wzrok i zobaczyłem przerażone błyszczące oczy.
Dziewczyna szybko napisała coś na kartce obok łóżka i podała mi ją.
- ‘Zostań, proszę. Boję się.’
- Co tylko zechcesz. – wróciłem na poprzednie miejsce, ale tym razem usadowiłem Hope na moich kolanach. Nie protestując ponownie wtuliła się mocno.
Siedzieliśmy tak bardzo długo. Mogłoby się wydawać, że to zabójczo nudne, ale i dla mnie i dla dziewczyny otaczająca zewsząd cisza była jak lekarstwo. Oboje potrzebowaliśmy uspokojenia wyciszenia i poukładania myśli.
Czułem się tak dobrze mając przy sobie Hope. Świadomość, że ona mi ufa i to właśnie u mnie szuka schronienia przepełniała moje serce radością. Przy niej czuję się potrzebny i ważny. Gdyby tylko wiedziała ile dla mnie znaczy. Jest dla mnie jak rodzona siostra…
***
Hello!
Co tam, jak tam? Mam nadzieję, że nie najgorzej. Wiadomo, szkoła robi swoje, ale ja lubię mówić sobie, że są ludzie którzy maja się dużo gorzej, a nawet nie narzekają. Czasem myślę, że jestem strasznie rozpieszczona i samolubna. Wy też tak macie? Tyle bym chciała rzeczy, a od siebie nie daję prawie nic. Ale tak to już z człowiekiem jest i trzeba z tym walczyć całe życie. Cieszę się, że mam Boga, Który jest najwyrozumialszym i najcierpliwszym Ojcem na świecie. Dla Niego warto się zmieniać, bo to od Niego mamy wszystko co nas otacza. Także zapraszam Was dzisiaj (i nie tylko) do modlitwy i podziękowania naszemu Stwórcy za Jego miłość, która objawia się przez ofiarę Jezusa Chrystusa. Wiecie, mając świadomość jak wielki Bóg nas kocha, powinniśmy być najszczęśliwsi na ziemi. Chciałabym osiągnąć taką Bożą radość w sercu!
No, ale wracając do rozdziału, to podobał Wam się? Muszę przyznać, że mimo długiego niedodawania rozdziału jestem z siebie dumna, bo był długi (jak dla mnie). W dodatku powoli zaczyna się coś dziać. Mam (chyba) super koncepcję na przyszłe rozdziały, ale spokojnie, nic nie powiem :D
Co myślicie o ostatnim akapicie? Czy wam też się wydaje, że Justin ma problem z poprawnym odczytaniem swoich uczuć? Jak ja bym tam była, to od razu bym im powiedziała, co ja o tej ich całej „przyjaźni” myślę, ale nie jestem, więc pozostaje tylko czekać na to co przyniosą kolejne dni.
Kocham mocno i do napisania,
Ania :)

22. Przepełniona radością.

Cały piątek spędziłam na studiowaniu nowych zdrowych przepisów w kuchni, ale tak naprawdę nie to chodziło mi po głowie. Co chwilę przyłapywałam się na myśleniu o Justinie. Zastanawiałam się czy daleko jedzie, czy coś mu się nie stało po drodze, kiedy da znać o sobie, czy będzie za mną tęsknić? Czy ja naprawdę nie mam nic lepszego do roboty tylko się przejmować zwykłym nastolatkiem? No, może nie do końca zwykłym, bo to przecież Justin, ale… no właśnie, co? – myślałam.
Po kilku godzinach nie wytrzymałam całego napięcia. Po prostu musiałam coś zrobić, teraz! Wiem, a gdybym tak poszła pobiegać na świeżym powietrzu? To podobno oczyszcza umysł… tak, idę! Nie ma co dłużej czekać, muszę nauczyć się od nowa spontaniczności. Wypadek zmienił nie tylko tą fizyczną część mojego życia, ale też tą duchową. W momencie stałam się innym człowiekiem. Strachliwą, bezradną, smutną nastolatką. Nie chcę dalej być tym kim jestem teraz, chcę być SOBĄ, dawną tryskającą energią dziewczyną, która nie traciła uśmiechu na twarzy.
Jak na zawołanie na mojej twarzy zawitał wielki banan. W podskokach weszłam do pokoju i szybko przebrałam się w wygodny strój. Założyłam adidasy, chwyciłam MP3 i wybiegłam z domu. Włączyłam playlistę i ruszyłam na „podbój” Los Angeles.
Puściłam się sprintem w dół pierwszej ulicy i chłonęłam całym ciałem przyjemny podmuch wiatru podgrzewany przez jaśniejące Słońce. Jedyne słowa jakie cisnęły mi się na usta, to: życie jest piękne! Gdy poczułam zmęczenie w nogach przystanęłam i rozejrzałam się wokół. Czyż Bóg nie stworzył pięknie tego świata? Jak ja mogłam przedtem tego nie zauważyć? Każdy szczegół nawet najmniejszego żyjątka jest dokładnie przemyślany i niesamowity. To tylko upewnia mnie w przekonaniu, że Ziemia i jej mieszkańcy nie powstali przypadkiem, że Ktoś to już wcześniej zaplanował i zaprojektował. Jakie to cudowne!
Przepełniała mnie nadzwyczajna radość z życia. Przyglądałam się dokładnie każdemu kwiatu przy drodze, każdej palmie, a ludzie tylko dziwnie się na mnie patrzyli. Dlaczego nie mogę im powiedzieć, jaki jest powód mojej radości? Oni też powinni spojrzeć na to wszystko inaczej. Docenić ten wielki dar, który dostaliśmy od Boga.
Po pewnym czasie dotarło do mnie kilka rzeczy, o których zupełnie zapomniałam podczas biegania. Po pierwsze: nic nie powiedziałam wujkowi o moim spontanicznym wypadzie, po drugie: jestem głodna, a on tym bardziej, bo zostawiłam go samego ze stertą warzyw, których bez uprzedniego „uzdatnienia” nie ruszy, a po trzecie: ściemnia się już i lepiej, żebym nie biegała sama po zmroku.
Szybko wróciłam do domu i zmęczona, ale usatysfakcjonowana wskoczyłam pod prysznic. Następnie zabrałam się za obiadokolację – zapiekankę warzywną z sosem serowym. Gdy skończyłam, zawołałam wujka, który z nieukrywaną niechęcią usiadł przy stole. Biedak, nie umiał się przełamać i grzebał widelcem w kalafiorze, a ja tylko z uśmiechem zerkałam co chwilę na jego poczynania, zajadając się jednym z moich ulubionych dań. W końcu coś w nim pękło, jestem wręcz przekonana, ze to sprawka głodu, i zjadł pierwszy kęs. Wyglądał jak małe dziecko, które jest zmuszone do jedzenia warzywnej papki, mimo, że wcale nie miał czegoś podobnego przed sobą. Skrzywił się, ale potem wziął kolejną porcję, i następną, aż wyczyścił cały talerz. Spojrzał nieśmiało na naczynie, w którym znajdowało się jeszcze trochę zapiekanki i ku mojemu zaskoczeniu wziął dokładkę. Patrzałam na niego z podziwem i zastanawiałam się czy robi to, bo faktycznie mu zasmakowało, czy dlatego, że nadal jest głodny.
Gdy skończył, napisałam na kartce:
- ‘Smakowało?’ – popatrzał na mnie dziwnie i odpowiedział, udając obojętnego:
- Może być. Ale następnym razem dodaj więcej pieprzu. – podsumował i wyszedł z kuchni. Ha! Wiedziałam! Nikt nie oprze się takiej zapiekance!
Uradowana nowym osiągnięciem, posprzątałam po posiłku i położyłam się spać z przemiłą świadomością zwycięstwa. Szkoda tylko, że Justin tego nie widział…
***
Juhu!
Północ… idealny czas na wstawienie rozdziału, a co mi tam :)
Jest dość krótki, ale gdybym dołączyła do niego kolejną część, trochę smutniejszą, to miałabym nie lada problem z nazwaniem go, więc jest taki. Wydaje mi się inny od reszty, ale sama nie wiem czemu. Może dlatego, że Hope spędziła trochę czasu bez Justina? Albo jest on skoncentrowany na przeżyciach wewnętrznych bohaterki? Tak czy siak, chyba nie jest najgorzej :)
Nie wiem czy to wypada… ale… no nie wiem… ahhh, dobra, powiem Wam. Dokonałam dzisiaj czegoś nadzwyczajnego (przynajmniej w moim wykonaniu). Otóż (proszę się nie śmiać, ale naprawdę) dzisiaj posprzątałam łazienki w domu! Tadaaam!!! Ale miałyście się nie śmiać! xD To nie było zwykłe przetarcie ściereczką! Przez bite 2 godziny pucowałam każdy zakamarek, wyciągałam płyny, szampony, mleczka do ciała, gumki, szczotki, suszarki, …, gąbki, wsuwki, szczoteczki… macie pojęcie ile tego tam wszystkiego jest?! Normalnie można sklep otworzyć, serio! I ja, perfekcjonistka, wszystko to uprzątnęłam (wrzuciłam do kosza, haha xD niecnie :D dobra, żartuję, poukładałam na półkach). Czuję się jak pan Grzegorz z reklamy Leroy Merlin, który urządził balkon – też bądź bohaterem w swoim domu – posprzątaj łazienkę! :D haha xD (odbija mi na starość)
Haha, a pamiętacie to z Madagaskaru: „za stara jestem żeby umierać!” Haha, w 100% się zgadzam!
Uuuu… już 00:20, pora spać.
Buziaczki i miłej drugiej połowy wakacji! (już?! {chlip} jak to się stało?)
Ania (pogrążona w śmiechu) xD

21. Rewolucja kuchenna

Zrobię im taką rewolucje kuchenną, że się nie pozbierają! Tylko od czego zacząć? Przydałoby się kupić zdrową żywność i zastąpić nią śmieciowe jedzenie na półkach. Niestety nie bardzo wiem gdzie jest jakiś sklep. Weszłam na Internet i przeszukałam w okolicę. Jest! Dobra, teraz tylko zostaje kwestia, jak wyjść z domu niezauważona? Muszę znaleźć inne drzwi na zewnątrz. Po cichu skierowałam się do swojego pokoju po bluzę, ale przy okazji sprawdziłam, czy chłopcy są zajęci rozmową. Na szczęście zawzięcie o czymś dyskutowali, co oznaczało, że szybko nie skończą. To dobrze dla mnie. Zabrałam potrzebne rzeczy i zaczęłam szukanie wyjścia inną stroną domu. Czemu wujek ma biuro akurat z widokiem na podjazd?
Przeszłam się po domu i w końcu, po 10 minutach znalazłam drugie drzwi. Wiedziałam, że gdzieś tu są! Otworzyłam je i weszłam do małego ganku. Tam znajdowały się tylko buty Justina, bluza i deskorolka. Ha, mam go! To tędy zapewne wymyka się z domu żeby pojeździć i uniknąć wzroku Scootera. Skoro jemu udaje się wymknąć niezauważonym, to czemu nie mnie? – pomyślałam. A może pożyczę sobie deskorolkę? Będzie szybciej. Chwyciłam przedmiot, ubrałam plecak i wyszłam. Przyjemny podmuch wiatru rozwiał moje włosy na wszystkie strony, a słońce leniwie zachodzące za horyzont ustępowało miejsca srebrnemu księżycowi. To był cudowny wieczór! Uśmiechnęłam się, patrząc na falujący ocean ,a potem skradając się, opuściłam posiadłość wujka. Gdy zniknęłam z pola widzenia chłopaków, stanęłam na desce i puściłam się w dół ulicy. Jedyne słowo jakie cisnęło mi się w tamtym momencie na usta to „wolność”! Tak dawno nie jeździłam na desce. Ostatni raz chyba w 3 lata temu z moim kolegą Antonio. Potem wyprowadził się z Little Rock i nie miałam już nikogo, kto lubiłby ten sport. Ahhh… stare dobre czasy. Ciekawe czy bym go poznała? W sumie istnieje małe prawdopodobieństwo spotkania go, bo wyprowadził się właśnie do Los Angeles. Zakończyłam przemyślenia, gdy zobaczyłam sklep. Szczerze miałam nadzieje, że jest samoobsługowy. Im mniej sytuacji wymagających użycia głosu, tym lepiej. Oparłam deskę przy budynku i weszłam do środka. Uff… samoobsługowy! Wzięłam do ręki koszyk i ruszyłam w głąb regałów z produktami. W sklepie panowała nieprzyjemna cisza. Migoczące lampy i ledwo działający wiatrak nie pomagały mi w skupieniu się na wykonywanej czynności. Ucieszył mnie fakt, że dość szybko znalazłam świeże owoce i warzywa. Nabrałam różnorakich produktów i szybkim krokiem udałam się do kasy. Nie miałam dużo czasu. Ryzykuje wychodząc tak sobie z domu. Mogę się założyć, że dostanę wykład od wujka na temat wychodzenia późno i chodzenia samej na zakupy… chyba przeżyję. To dla ich dobra ,a oni raczej nie wzięliby mnie do sklepu po zdrową żywność.
Kilkanaście minut później
Już byłam kilkaset metrów od domu, kiedy ktoś zawołał za mną: „Justin!”. Co? Czemu go wołają? Odwróciłam się i zobaczyłam grupkę ludzi idących w moją stronę. Było ciemno, więc trudno mi było stwierdzić czy to dziewczyny czy chłopcy. Machali w moją stronę i wołali mnie. Czyżby wzięli mnie za Justina? Ale jak? No przecież… stoję, a raczej jadę na jego deskorolce. – pacnęłam się mentalnie w twarz. Ale to oznacza, że zaraz ci ludzie mnie otoczą i na pewno wynikną z tego kłopoty. Mocno odepchnęłam się od ziemi i popędziłam w stronę podjazdu. Niestety, wbrew moim oczekiwaniom, zaczęli za mną biec, krzycząc żebym stanęła. Już blisko, dasz radę. – zapewniałam się, czując jak nogi miękną mi ze zmęczenia. Chwyciłam deskę i pobiegłam w stronę tajnych drzwi. Dosłownie wskoczyłam do środka i uważając na to by nie trzasnąć, zamknęłam wejście. Usiadłam zmachana w kącie małego pomieszczona i odczekałam aż wyrówna mi się oddech. Potem jak gdyby nigdy nic poszłam do kuchni i zabrałam się za porządki. Wyrzuciłam większość jedzenia z szafek i zastąpiłam je zdrowym, a przy okazji wysprzątałam kuchnię. Stanęłam i zadowolona przyjrzałam się rezultatowi swojej pracy. No, teraz może być. – stwierdziłam. Zjadłam kanapkę i położyłam się spać. Dzisiejszy dzień był dość męczący, ale pozytywnie… no, może z wyjątkiem paparazzi. Przed snem pomyślałam jeszcze o rodzicach i Bogu. Jestem taka ciekawa jak to jest z tym Niebem. Muszę koniecznie zacząć czytać Biblię. Szczerze, to nie bardzo wiem czego się po niej spodziewać, ale myślę, że mimo wszystko warto. Spojrzałam na torbę przy łóżku i po chwili wyciągnęłam grubą książkę, kładąc ją na stoliczku nocnym. Od jutra…
Piątek, 21.06.12.
Jejku… już ranek? Przecież dopiero się położyłam! – pomyślałam, gdy się obudziłam. Noc jest zdecydowanie za krótka!
Ślimaczym tempem zwlokłam się z rozgrzanego łóżka i podeszłam do zdjęcia rodziców na półce. Dzień dobry! Dzisiaj będzie piękny dzień, jak myślicie? Ja jestem tego pewna. Patrzcie, już jest u mnie lepiej. Na pewno o taką zmianę wam chodziło, prawda? Nie chcę już płakać i użalać się nad sobą! Powinniśmy pamiętać o przeszłości, ale nie nią żyć. Na pewno nie chcielibyście, żebym była smutna. Kochaliście mój uśmiech, tak bardzo jak ja wasze. Mam je teraz przed oczami i będą mi towarzyszyły cały dzień, obiecuję wam moi kochani rodzice.
Skończyłam swoją cichą rozmowę i wyszłam z pokoju. Nie musiałam się długo zastanawiać nad tym, czy chłopcy wstali, bo już na schodach słyszałam jak żywo o czymś dyskutują. Weszłam do kuchni i ostentacyjnie ziewnęłam i rozprostowałam ręce po to by zwrócić na siebie uwagę. Zadziałało.
- Cześć Hope. Możesz mi wytłumaczyć co tu się stało? – zapytał pierwszy wujek, a Justin uśmiechnął się rozbawiony poważnym tonem Scootera.
- ‘Powiedzieć nie, ale napisać, owszem :D’ – odpisałam na kartce i położyłam na stole. Jego mina była bezcenna. Justin nie wytrzymał i zaśmiał się pod nosem. Wujek skarcił go wzrokiem, co jeszcze bardziej go rozśmieszyło.
- Hope, nie baw się ze mną w kotka i myszkę. Powiesz mi o co chodzi? Gdzie jest jedzenie? – mówił poważnie.
- ‘Ciężko to nazwać jedzeniem. Ale powiem ci co się stało. Postanowiłam zmienić wasz styl żywienia. Od teraz na talerzach zawitają warzywa. Nie cieszysz się wujku?’ – podpuszczałam go dalej. Tak fajnie się denerwował. Ale niepotrzebnie. Ze mną nie wygra.
Po przeczytaniu mojej kolejnej wypowiedzi Scooter zrobił się dziwnie czerwony. Jeszcze raz przeleciał wzrokiem kartkę i odrzucił ją na stół, łapiąc się za głowę w geście bezradności. Justin szybko przechwycił kawałek papieru i teraz już śmiał się bez ograniczeń.
- Justin powiedz jej coś, bo ja już nie mam siły. – zwrócił się do nastolatka.
- Ja nie mam nic przeciwko, – zaczął – i tak mnie tu nie będzie. – zachichotał.
- ‘Jak to cię nie będzie?’ – zapytałam zdziwiona. Całkiem zapomniałam o tym, że ma własny dom kawałek stąd. A może mnie zostawia i wraca do siebie? Czy zrobiłam coś nie tak?
- Jadę do mamy na kilka dni. Do tego czasu może skończycie jeść tą zieleninę, którą nakupiłaś i odwidzi ci się zdrowa żywność.
- ‘To dlatego wyjeżdżasz?’ – wiem, że ta wypowiedź mogła wyglądać trochę dramatycznie, ale musiałam wiedzieć.
- Nie, po prostu stęskniliśmy się za sobą. Ale spokojnie wrócę za niedługo. – położył rękę na moim ramieniu i uśmiechnął się na swój czarujący sposób.
- ‘To dobrze.’ – zdołałam napisać, bo naprawdę było mi trochę smutno. Co ja będę robić przez ten czas? No tak, nudzić się.
- A może pojedziesz ze mną? Poznałabyś moją rodzinę. Byłoby super! Co ty na to? – zaproponował.
- ‘Nie chcę robić problemów, a poza tym sam wiesz…’ – odpisałam i spuściłam głowę.
- Ej, ty nigdy nie jesteś i nie będziesz dla mnie problemem. A poza tym oni już wiedzą i cię rozumieją, więc? – spojrzał pytająco, odszukując mój wzrok.
- ‘Nie, ktoś musi pilnować wujka, żeby jadł warzywa. Baw się dobrze i pozdrów ich ode mnie.’ – starałam się „brzmieć” pozytywnie. Chyba się udało, bo uśmiechnął się i przytulił mnie jedną ręką, składając pocałunek na moim czole.
- Dobrze, będę trzymał kciuki. – powiedział i znacząco spojrzał w stronę nadal naburmuszonego mężczyzny. – Cześć Scoot, słuchaj się Hope! – polecił mu i puścił mu oczko.
- A idź ty zdrajco. Zostawiasz mnie na pastwę zieleniny. To nie fair! – odpowiedział, ale wyczuwałam w jego głosie nutkę rozbawienia. Czyli się nie gniewa.
- to ja już lecę, pa. – wymigał się chłopak i szybko wyszedł z domu.
Podbiegłam do okna z widokiem na podjazd i stanęłam za firanką. Uważnie obserwowałam jak Justin pakował wszystko do samochodu, a potem pożegnał się ze Scooterem. Pytał o coś i wodził wzrokiem po domu. Nagle zatrzymał go na oknie w którym stałam. Patrzyliśmy się w swoje oczy przez dłuższą chwilę. W końcu nie wytrzymałam i schowałam się. Nie wiem co to miało znaczyć. Nawet nie chcę wiedzieć. Niewiedza to stan błogosławiony, bo do niczego cię nie zobowiązuje.

jus
***
Hello!
Jest! Nareszcie dodałam rozdział, z którym męczyłam się ponad miesiąc! Nawet nie wiecie jaką ulgę odczuwam w związku z „odhaczeniem” kolejnej rzeczy pozostawionej na wakacje. Ale już prawie się odrobiłam :)
Co tam u Was? Jak wakacje? Prawda, że super?! Macie jakieś plany? Ahh… co się głupio pytam, na pewno macie, kto by nie miał? Chociażby zwykłe leżenie cały dzień… marzenie!
Ten rozdział…hmmm…no nie wiem…chyba nie należy do najlepszych, przede wszystkim dlatego, że jest krótki. Może podzielicie się ze mną swoją opinią na jego temat? Co Wam się w nim podoba najbardziej? Jaka sytuacja? A może coś jest nie tak? Napiszcie też jak oceniacie opowiadanie jako całość? Jest w ogóle wciągające lub choćby ciekawe? Z niecierpliwością czekam na Wasze opinie, bo piszę to przede wszystkim dla Was i pragnę by to właśnie WAM się podobało :D
Buziaczki,
Ania :)

20. Tylko się nie śmiej!

Ten rozdział dedykuję mojej mamie <3 Jeśli to czytasz, to wiedz, że kocham Cię najbardziej na Świecie i nawet jeśli jestem nieznośna, to tak naprawdę nie dlatego, że chcę Ci robić na złość, ale po prostu jestem za bardzo przygnieciona niektórymi sprawami i czasem daję upust emocjom. Przepraszam.
Jesteś wyjątkowa, piękna, kochana, troskliwa i zawsze mogę liczyć na Twoje wsparcie i pomoc. Dziękuję Ci bardzo!!! Za wszystko!
***
Oczami Hope
Pożegnaliśmy się i pędem ruszyłam w stronę parkingu. Może Justin nie będzie się gniewał, że to tak długo trwało? – myślałam po drodze do samochodu. Jednak to co zobaczyłam, nie wskazywało na to, żeby był jakoś nieziemsko wściekły. Otóż, Justin spał sobie w najlepsze na pierwszym siedzeniu, a wokół niego zgromadziła się już dość spora grupka dziewcząt, które o dziwo zachowywały się bardzo cicho.
Uśmiechnęłam się pod nosem i podeszłam bliżej. Gdy stwierdziłam, że chłopak faktycznie drzemał, wpadłam na niecny pomysł. Napisałam na kartce wiadomość do fanek zawierającą mój plan i podałam im ją. Gdy już wszystkie po cichu przeczytały, pokiwały głową na zgodę. Ustawiłyśmy się wokół samochodu, głównie przy szybach i na mój znak krzyknęłyśmy jak najgłośniej się dało (ja oczywiście nie, ale one o tym nie wiedziały). Chłopak momentalnie zerwał się wystraszony i podskoczył tak wysoko, że uderzył głową w sufit pojazdu. Rozejrzał się wstrząśnięty i zamrugał kilkakrotnie. Dziewczyny roześmiały się na jego widok, a on, gdy już zajarzył co się stało, dołączył do nich.
- Ładnie to tak straszyć? – zapytał wesoło, na co rozległ się chichot. – Ja wam dam! – krzyknął i wyskoczył z samochodu trzymając odkręconą butelkę wody.
- Aaaa!!! – dziewczyny piszczały, uciekając przed goniącym je Justinem. Ja zaś stałam tylko z boku i rozbawiona, przyglądałam się ich poczynaniom.
- Teraz proszę mi się przyznać, kto wpadł na taki pomysł, co? – doszło do moich uszu.
- Ona! – powiedziało równocześnie kilka fanek i wskazało na mnie. Zdrajczynie!
- Hope, zimna woda zdrowia doda! – zaśmiał się chytrze i ruszył w moją stronę. Ups… czas się zmywać! – pomyślałam i zaczęłam uciekać. – I tak cię złapię! – słyszałam za swoimi plecami. – Hopie! – Justin był niebezpiecznie blisko.
Już miał mnie złapać, kiedy wpadłam na kolejny niecny plan. Momentalnie przewróciłam się na ziemię, chwytając kostkę i krzywiąc się.
- Matko! Co ci jest? Skręciłaś kostkę? – kucnął przy mnie, odkładając potencjalną broń obok. Właśnie tak! Popatrzałam mu głęboko w oczy i uśmiechnęłam się chytrze. Zanim zdążył jakkolwiek zareagować, chlupnęłam go wodą w twarz i pobiegłam dalej usatysfakcjonowana swoim pomysłem.
- Nie ujdzie ci to na sucho! – krzyknął, ocierając twarz i rzucił się w pogoń za mną.
Ganialiśmy się po całym parkingu, a wokół zbierała się coraz większa widownia. Zmęczona, biegłam coraz wolniej. Niestety nie mam dobrej kondycji. Natomiast Justin wydawał się w ogóle nie zmęczony. Jak on to robi?
Poczułam jak silne ręce łapią mnie w talii i przeciągają w przeciwną stronę do kierunku mojej ucieczki. Już chciałam się wywinąć, ale poczułam zimną wodę spadającą na moją głowę i spływającą po twarzy i szyi. Tylko nie to! Miałam nadzieję, że teraz mnie puści, ale myliłam się. Justin zaczął czochrać moje włosy, sprawiając mi na głowie jeden wielki busz. To niestety też nie był koniec jego „znęcania” się nade mną. Podniósł mnie wysoko i zaczął kręcić się wokół. Za jakie grzechy?!
Gdy chłopak skończył tortury, postawił mnie na ziemię i cały uradowany patrzał na swoje dzieło. Tylko nie było na co się gapić! Spojrzałam na niego wstrząśnięta i ruszyłam z miejsca. To był błąd. Zachwiałam się, a potem runęłam, potykając się o własną nogę! No nie wierzę! Przygotowana na nieprzyjemne zderzenie z ziemią, zmrużyłam oczy, ale kolejny raz nie stało się tak jak myślałam. Otworzyłam oczy i ze zdziwieniem stwierdziłam, że moja twarz znajduje się 5 centymetrów od powierzchni asfaltu i nie zmienia się odległość pomiędzy nimi. Wciągnęłam powietrze głęboko do płuc, czując ulgę. Z chwili spokoju wyrwał mnie śmiech Justina tuż nade mną. Ha, ha, ha, wyborny żart! – pomyślałam lekko rozbawiona, ale i podenerwowana tym, w jaki sposób się mną bawi. To niesprawiedliwe, Justin jest silniejszy!
Z powrotem stanęłam na nogach, jednak tym razem byłam podtrzymywana przez chłopaka, który miał na twarzy wielkiego banana. Postanowiłam się z nim trochę podroczyć i odwróciłam od niego twarz, udając śmiertelnie obrażoną.
- Wiesz Hopie, słodko się złościsz! – powiedział rozbawiony. Na jego słowa skrzyżowałam ręce na klatce piersiowej i wyrwałam się z jego rąk. – No nie bocz się już tak, to tylko zabawa!
Uśmiechnęłam się po kryjomu, ciesząc się, że znowu go wrobiłam. Wiem, to trochę głupie, bo potem może mi nie ufać, ale to mój jedyny sposób, żeby się odegrać.
- Ehh… kobiety… w ogóle nie umiecie żartować! – usłyszałam w jego głosie nutę zrezygnowania. Jeszcze chwila, momencik… – Przepraszam, Hope. Nie gniewaj się już! – Ha! Wiedziałam, po prostu wiedziałam, że teraz przeprosi! – cieszyłam się jak głupia i o mało co, a mój plan ległby w gruzach przez wkradający się na moją twarz uśmiech zwycięstwa.
Justin podał mi rękę na zgodę, którą chwyciłam i nastolatek podniósł mnie z ziemi.
- Zgoda? – zapytał z nadzieją i popatrzał w mój słaby punkt – oczy. ‘Niech to szlag! – krzyknęłam w myślach. – Odwróć się!’
- Hej, wszystko dobrze? – dopytywał, szukając mojego wzroku. Ratunku! – myślałam. – Hope? – pokiwałam szybko głową i przytuliłam go, chowając twarz w jego koszulce. Ufff… będę żyć! – zaczęłam uspokajać „roześmiane” myśli. Niestety odpoczynek nie trwał długo.
- Mała, musimy się zbierać. – powiedział zaniepokojony. – Prasa przyjechała.
Justin szybko chwycił mnie za rękę i pociągnął do samochodu stojącego kilkanaście metrów dalej. Nagle poczułam jak coś uczepiło się mojej drugiej ręki. Odwróciłam głowę i dosłownie oberwałam jaskrawym światłem flesza od paparazziego, trzymającego mnie kurczowo. Czułam się skołowana. Puściłam dłoń Justina i osunęłam się na asfalt, zasłaniając twarz. Czułam jak natarczywy dziennikarz strzela do mnie z obiektywu. Jednak nagle światła ustały i usłyszałam krzyki. Niepewnie otworzyłam oczy i rozejrzałam się w poszukiwaniu przyjaciela, który w tym momencie wymierzał pierwszy cios w twarz paparazziego. O nie! Justin nie rób tego! Wstałam szybko i lekko chwiejnym krokiem podeszłam do chłopaka i chwytając jego uniesioną w górę rękę. Chciałam powiedzieć chociaż proste „nie!”, ale nie potrafiłam. Justin w ostatniej chwili opanował emocje. Ostatni raz popatrzał groźnie w stronę mężczyzny, który wręcz prosił się o pobicie. Odwrócił się na pięcie i nic nie mówiąc, poprowadził mnie do pojazdu. Gdy usadowiliśmy się w środku, z piskiem opon wyjechał z parkingu. Przerażona szybką jazdą wbiłam palce w siedzenie i modliłam się, żeby trochę ochłonął. To się robi niebezpieczne!
- Co oni sobie wyobrażają?! – szeptał pod nosem wkurzony. – Ostatni raz im odpuszczam!
Stanęliśmy na światłach i postanowiłam wykorzystać chwilę, gdy nie musi być skupiony na drodze.
- ‘ZWOLNIJ!’ – napisałam na karteczce i położyłam mu ją na kolanach. Przeczytał i od razu zmienił się wyraz jego twarzy.
- Przepraszam, Hope. Po prostu nie umiem uwierzyć, że zdobyli się na coś takiego! Jakim prawem mieszają się w twoje życie? Za wszelką cenę muszą cię poznać, bo kilka razy zobaczyli nas w swoim towarzystwie. Nie zasłużyłaś na takie traktowanie…
Rozumiem jego punkt widzenia, ale pewnych rzeczy nie zmienimy. Musimy się pogodzić z tym faktem. Nie chcę tylko, by kiedykolwiek dowiedzieli się o tym, że nie mówię. Wtedy to dopiero by była sensacja. Justin bardzo dobrze zdaje sobie z tego sprawę, dlatego tak mnie chroni i denerwuje się, gdy media są za blisko. Każdy chciałby mieć takiego przyjaciela.
Dojechaliśmy do domu , gdy już się ściemniało. Weszliśmy do salonu i zmęczeni, runęliśmy na kanapę. Leżeliśmy chwilę w ciszy, ale przyszedł wujek.
- Justin, mogę cię na chwilę prosić? – zapytał chłopaka. On kiwnął lekko głową i wstał. – Jak było, Hope? – zwrócił się do mnie.
- ‘Super!!!’ – napisałam.
- To dobrze. Zrobić ci coś do jedzenia?
- ‘Nie, dam sobie radę sama.’ – odpisałam i uśmiechnęłam się.
- Tylko, żebyś faktycznie zjadła kolację. Mogę ci zaufać? – droczył się.
Popatrzałam na niego krzywo, a on się zaśmiał. Kiwnął na Justina i razem opuścili pokój. Niechętnie opuściłam zagrzanie już miejsce i poszłam do kuchni. Od niechcenia otworzyłam szafkę i zajrzałam do środka. Znajdowało się tam kilka niezdrowych produktów. Skrzywiłam się lekko na ich widok. Jak oni to jedzą? Rozumiem od czasu do czasu, ale codziennie? Muszę się zabrać za ich sposób żywienia. To, że robię obiady, nie oznacza całkowitego wykluczenia tego świństwa z jadłospisu, a to im jest bardzo potrzebne. Przejrzałam każdy schowek w kuchni łącznie z lodówką i jedyne warzywo jakie znalazłam to ziemniaki w postaci chipsów i uschnięty szczypiorek. Rozumiem, nie mają czasu na zakupy ani na przyrządzanie jedzenia, ale bez przesady! Jak ostatnio robiłam posiłek nie zauważyłam tego. Pewnie specjalnie na mój przyjazd Scooter zrobił zakupy. Koniec z tym! Zrobię im taką rewolucje kuchenną, że się nie pozbierają!
***
Hejkaaa!
Jak tam? Dużo macie roboty przed końcem roku? U mnie w szkole trwa już wielkie odliczanie :) Jest taka piękna pogoda, a my musimy siedzieć w szkole do 15:30! To nie fair!

Jestem meeegaaa szczęśliwa, bo będę współtworzyć bloga z Nicol! Dzisiaj wstawię pierwszą cześć, więc dla zainteresowanych podaję link: http://nialllovebigos.blogspot.com/

Napiszcie co tam u Was. Może macie coś ważnego? Jakieś konkursy, sprawdziany? Jak Wam mija weekend?

Do napisania,
Ania :D

19. Już wiem kogo najbardziej mi brakuje!

Rozdział dedykuję Nicol, mojej przyjaciółce <3
***
Oczami Hope
- Hope, jak to się stało, że trafiłaś do Scootera? – szczerze to zamurowało mnie to pytanie. Od jakiegoś czasu nie myślałam o śmierci rodziców, a teraz poczułam jakby ktoś na nowo rozdrapywał moją bliznę na sercu. Postukałam nerwowo ołówkiem o ławkę i spojrzałam niepewnie na pustą kartkę, a potem na kobietę siedzącą spokojnie obok. Hope, weź się w garść! – krzyczałam w myślach. Przełamałam się i napisałam:
- ‘W nocy z 3 na 4 czerwca miał w moim domu miejsce pożar. Niestety moi kochani rodzice nie wydostali się na czas. Straciłam wszystko jednej nocy, rozumie pani?’ – podałam je kartkę i schowałam twarz w dłonie, czując że się rozpłaczę. Po chwili poczułam jak Lucy mnie przytula. Ale najdziwniejsze było to, że ona też płakała!
- Tak mi przykro Hope. – wyszlochała. – Biedne dziecko, jak ty to wytrzymujesz? W tak młodym wieku taka tragedia! – mówiła z bólem. Ona naprawdę szczerze mi współczuła. Zrobiło mi się raźniej, bo nie płakałam sama.
Gdy skończyły nam się łzy, odsunęłyśmy się od siebie. Popatrzała na mnie ze smutkiem w oczach i powiedziała:
- Nie znamy się w prawdzie za dobrze, ale chcę żebyś wiedziała, że zawsze możesz na mnie liczyć. Jeśli tylko będziesz miała jakiś problem lub po prostu najdzie cię potrzeba wygadania się, to ja zawsze znajdę dla ciebie czas.
To co powiedziała było dla mnie naprawdę ważne. Dobrze jest mieć świadomość, że wokół ciebie znajdują się ludzie chcący pomóc ci w trudnej sytuacji i bezinteresownie podnoszący cię z bagna życia.
„Blizny są jak rany odniesione w walce – na swój sposób piękne. Pokazują, przez co przeszedłeś, i jak silny dzięki temu się stałeś”
„Bądź swoją siłą przez 365 dni roku” Demi Lovato
Oczami Justina
(w tym samym czasie)
Co one tak długo robią? – zacząłem się zastanawiać. Jakieś 15 minut temu Lucy zabrała gdzieś Hopie, a mnie zostawiły samego sobie. Szczyt wszystkiego! Moje rozmyślania przerwał telefon.
- Hejka Justin! Co tam? – usłyszałem radosny głos Alfredo.
- Nic. – odpowiedziałem oschle. Szczerze, to gdzieś w środku trzymałem urazę do tego, na co mnie ostatnio namówił.
- Co jest? Dalej się boczysz o ostatni wypadzik? – zapytał żartobliwie, ale ja w tym momencie byłem śmiertelnie poważny.
- „Wypadzik” powiadasz? Przez ten twój wypadzik mogłem wszystko zszanić! – uniosłem się – A najgorsze jest to, że prawie zrobiłem rzecz, której żałowałbym do końca życia!
- Uuu…, Justinek się zdenerwował. – dalej się wygłupiał.
- Nie mów tak do mnie! Wiesz co, kończę tą rozmowę, bo mi psujesz humor. – powiedziałem na koniec i przerwałem połączenie. Pacan – pomyślałem.
Żeby się trochę rozluźnić zacząłem krążyć po ogrodzie i przyglądać się z bliska różnym kwiatom. Gdy doszedłem do róż, wpadłem na genialny pomysł. Tylko jak to teraz zrealizować? Chyba będę potrzebował pomocy kilku osób, ale pod żadnym warunkiem Hope nie może się dowiedzieć. To ma być niespodzianka!
Oczami Hope
Jeszcze długo rozmawiałam, a raczej pisałam z Lucy, ale zaczęło się robić późno i musiałam wracać z Justinem do domu. Wróciłyśmy do „lekko” zniecierpliwionego chłopaka, a potem pożegnaliśmy się i wyjechaliśmy z tego cudownego miejsca.
- Jak ci się podobało? – zagadnął Jus, gdy wsiedliśmy do samochodu.
- ‘Było wspaniale!’ – napisałam, zgodnie z prawdą.
- Będziemy tam częściej przyjeżdżać. Co ty na to? – zapytał.
Ja tylko uniosłam oba kciuki w górę, a moje usta przypominały w tym momencie wielkiego banana.
- Tak myślałem, że będziesz chętna.
Kilkanaście minut później
Zza szyby samochodu dojrzałam wielki kościół, który w tym momencie mijaliśmy. Nagle poczułam potrzebę znalezienia się w nim. Pociągnęłam delikatnie za rękaw Justina, zwracając jego uwagę.
- Coś się stało? – zapytał lekko zaniepokojony. Pokazałam palcem majestatyczny budynek i popatrzałam na niego błagalnie. – Chcesz tam iść? – tym razem jego głos był raczej zdziwiony. Pokiwałam twierdząco głową. – Nie ma sprawy. – przytaknął i zaparkował nieopodal.
Wysiadłam z pojazdu i wolnym krokiem podeszłam do olbrzymich drzwi. Rozejrzałam się wokół i niepewnie weszłam do środka. Wnętrze świątyni zaparło mi dech w piersi. Moje oczy zachłannie analizowały każdy, nawet najmniejszy przedmiot.
Podeszłam bliżej ołtarza i usiadłam w ławce. Zaczęłam zastanawiać się, kiedy ostatni raz byłam w tym miejscu, a przede wszystkim kiedy ostatni raz rozmawiałam z Bogiem. Chyba na pogrzebie rodziców, ale to mogłoby się nie liczyć, bo całkiem co innego zaprzątało mi wtedy głowę. Jak to się nazywało? Rozmowa z Nim? Ciężko myślałam. Wiem! Modlitwa! Tak… dawno się nie modliłam – stwierdziłam. „Pan jest pasterzem moim” (Ps. 23) przeczytałam napis na ścianie. Czy On faktycznie się mną interesuje? Skoro tak, to dlaczego kazał mi tak cierpieć? Dlaczego zabrał mi najbliższe osoby? Dlaczego?! Emocje zaczęły brać górę nad zdrowym rozsądkiem – płakałam. Płakałam patrząc w krzyż wiszący w centrum. W tym momencie naprawdę nie wiedziałam co robić. „Moje życie nie ma sensu” – huczało mi w głowie to zdanie. Dlaczego ja też nie spłonęłam? Teraz byłabym z rodzicami w… – i tu coś mnie zaniepokoiło. Właśnie, gdzie ja bym była? Gdzie moja rodzina? Z tego co pamiętam z katechezy, to istnieje niebo i piekło. Do jednego trafiają dobrzy, do drugiego źli ludzie.
W mojej głowie toczyło się mnóstwo procesów. Miałam kompletny mętlik. Co teraz? Nie mogę tego pojąć…
- Przepraszam, czy wszystko w porządku? – wyrwał mnie z rozmyślania jakiś mężczyzna. Spojrzałam na niego speszona i od razu poznałam po stroju, że to ksiądz. – Dobrze się pani czuje? – dopytywał. Odruchowo pokiwałam twierdząco głową, ale rozum wręcz krzyczał – NIE!
- Czy chce pani porozmawiać o czymś? Może ma pani jakiś problem? – zaproponował uprzejmie. Zgodziłam się. W końcu co mam do stracenia? No właśnie, nic. – W takim razie, proszę za mną. – poprowadził mnie do pomieszczenia za ołtarzem. Wskazał żebym usiadła i podał mi chusteczkę. Usiadł naprzeciwko i cierpliwie czekał, aż dojdę do siebie. Gdy już się uspokoiłam, ponownie spytał:
- W takim razie, co się stało? – najchętniej wyśpiewałabym mu całą moją historię, ale po pierwsze nie było na to czasu, a po drugie przecież nie mówię. Jeszcze lekko roztargnięta, zaczęłam szukać w torebce czegoś do pisania i mojego notesu. Gdy w końcu go znalazłam, napisałam starannie ( o ile było to możliwe przy moich drżących dłoniach):
- ‘Pogubiłam się w moim życiu. Jakiś czas temu miał miejsce straszny wypadek, w którym zginęli moi rodzice, a ja cudem ocalałam. Martwię się, bo nie wiem czy trafili do Nieba czy do piekła. Byli dobrzy, więc może jednak są w tym pierwszym. W dodatku czuję straszną pustkę w sercu, po ich stracie. Nie mogę pozbierać myśli w jedną spójną całość. Od tego czasu nic nie mówię. Wiem, że to jest niedorzeczne, ale po prostu nie potrafię. Już dawno straciłam kontakt z Bogiem. W sumie to nigdy go tak naprawdę nie miałam. Wiedziałam, że istnieje, ale nic z tego dla mnie nie wynikało. Teraz czuję, że potrzebuję Go jak nigdy. Co mam zrobić? Mam dość takiego życia, w ciągłym smutku, żalu i niepewności!’ – oddałam mu karteczkę i obserwowałam uważnie wyraz jego twarzy, gdy ją czytał. O dziwo, był bardzo spokojny.
Po chwili podniósł wzrok z kartki.
- Jak się nazywasz? – zapytał. No tak, nie przedstawiłam się – pacnęłam się mentalnie w twarz.
Szybko napisałam swoje imię i pokazałam mu. Uśmiechnął się i powiedział:
- Masz niezwykłe imię. No, więc, od czego by tu zacząć… – zastanawiał się chwilę, zaglądając ponownie w kartkę. – Hope, niestety nie jestem w stanie powiedzieć Ci gdzie są teraz twoi rodzice, bo ich nie znałem. Jednego jestem pewien, do Nieba idą ludzie, którzy uwierzyli w śmierć i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa, ukorzyli się wyznając swoje grzechy i uznając to, że tylko dzięki Jego ofierze ich grzechy mogą być zmazane. Jezus był bez grzechu, w odróżnieniu do nas – ludzi. Tylko Jego śmierć mogła nas uratować. Okazał nam tym niesamowitą łaskę. – tłumaczył, a ja chłonęłam każdej jego słowo. Nurtował mnie jedno pytanie, które mu zadałam:
- ‘Dlaczego tylko śmierć Jezusa może nas uratować? Przecież Bóg jest miłosierny, prawda?’
- Tak, masz rację. Nikt nie ma większej miłości od Niego, ale Bóg jest także sprawiedliwy. Biblia mówi, że za każdy grzech jest śmierć. Bóg nie znosi grzechu i nikt grzeszny nie może przebywać tam gdzie On, dlatego posłał swojego syna na Ziemię, by nas zbawić. Jego krew zmyła nasze winy i dzięki temu mamy możliwość pójścia do Nieba. Teraz rozumiesz sens ofiary Chrystusa? – zapytał, a ja pokiwałam głową. Uśmiechnął się przyjaźnie i kolejny raz zajrzał do kartki.
- Napisałaś, że czujesz pustkę w sercu i pogubiłaś się w swoim życiu. Pamiętaj, że nie może się zdarzyć nic z czym byś sobie z Panem Bogiem nie poradziła. On czuwa nad tobą dzień i noc i tylko On może sprawić, że będziemy prawdziwie szczęśliwi. Zapełnia cudownie swoją miłością, każdy najciemniejszy zakamarek naszego serca i zabiera od nas cały smutek. Musimy Mu tylko oddać nasze zmartwienia i uwierzyć, że z Panem u boku wszystko jest możliwe. Oczywiście pod warunkiem, że taka jest Jego wola. Bóg jest jak nasz ojciec. Troszczy się o nas jak nikt inny i daje największą miłość i poczucie bezpieczeństwa. Wie o nas absolutnie wszystko. Jednak, gdy z Nim nie rozmawiamy, to może nam się zdawać, że wcale się nami nie interesuje i dopuszcza do nas wiele złego.
- ‘Skąd mam wiedzieć jaka jest Jego wola?’ – zapytałam.
- Wszystko napisane jest w biblii. Masz ją w domu? – pokiwałam przecząco głową. – W takim razie poczekaj chwilę. – powiedział i gdzieś wyszedł.
Teraz miałam czas żeby przemyśleć, to co mi powiedział. Powoli zaczęło do mnie docierać, czego, a raczej kogo mi najbardziej brakuje – Boga. Postanowiłam, że odbuduję moją zszarganą relację z Nim. Ksiądz powiedział, że jest jak nasz ojciec. Jeżeli to prawda, to wcale nie jestem sierotą! W dodatku mój Ojciec jest wszechmogący! Jakie to cudowne uczucie! Być córką Boga! Kochającego i rozumiejącego mnie! Jemu będę mogła powiedzieć o wszystkim moich problemach, a On zawsze mnie wysłucha, pocieszy i powie co mam czynić.
W tym momencie rozpierała mnie taka radość! Chciałam natychmiast podzielić się tym doświadczeniem z całym światem, a szczególnie z wujkiem i Justinem… Justin! Przecież on na mnie czeka! Ile ja tu już siedzę? Pół godziny!? Muszę koniecznie wracać. Tylko, gdzie jest ksiądz?
Wstałam i ruszyłam w miejsce, gdzie ostatni raz go widziałam. Na szczęście spotkałam go zaraz za rogiem. Stał przy półce z książkami i przeglądał je. Wciągnął małą, grubą biblię i podszedł do mnie, podając przedmiot.
- Powinna ci się przydać. – uprzejmie się uśmiechnął.
- ‘Nie mogę tego przyjąć!’
- Możesz, możesz. Taki mały prezent ode mnie. Oby ci się szybko zniszczyła. – powiedział.
- ‘Czemu ma mi się szybko zniszczyć?’ – zapytałam zdezorientowana
- Jeśli będziesz jej dużo czytać, to szybko ci się zniszczy, a to dobrze. – wytłumaczył, a ja pokiwałam głową ze zrozumieniem.
- ‘Muszę już uciekać, bo czeka na mnie przyjaciel. Bardzo księdzu dziękuję za wszystko. Teraz zrozumiałam wiele ważnych rzeczy. Mam nadzieję, że jeszcze się kiedyś spotkamy.’
- Ja też mam taka nadzieję, Hope. – zaśmiał się. Zrozumiałam, że chodziło mu w tym momencie o znaczenie mojego imienia. Może to nie przypadek, iż nazywam się tak, a nie inaczej? Może właśnie ono miało mi coś przypominać?
1321346058_by_animagus_600
***
Jak tam? Miło spędzona majówka? Ja mogę zaliczyć ten weekend do udanych i mam nadzieję, że Wy również.Ahh… kocham słowo „nadzeja”, czy ono nie jest piękne?
Podobał Wam się rozdział? Był dość długi i dużo się działo, przede wszystkim w umyśle Hope. Ale to dobrze, każdy potrzebuje takiego zreflektowania się i spojrzenia na swoje życie z dystansu. Warto przemyśleć czy to co robimy jest dobre i czy nie powinniśmy przypadkiem czegoś zmienić? Ja muszę wiele zmienić i staram się za siebie zabrać. Nie jest to proste, ale z Panem Bogiem mogę wszystko!
Życzę radosnego tygodnia i pamiętajcie, do wakacji już tylko 2 miesiące!!!
Ania ;)

18. Dokąd? – Zobaczysz…

Oczami Hope
Nagle usłyszałam trąbienie samochodu. Odwróciłam się w jego stronę i ujrzałam jadącego Justina. Co?! Tylko tego brakowało! Ale będzie miał ze mnie bekę. Zatrzymał się centralnie przede mną i wysiadł z samochodu podbiegając do mnie i zamykając mnie w szczelnym uścisku.Tego się nie spodziewałam.
- Hope, nawet nie wiesz jak ja się o Ciebie martwiłem! Nie wolno tak znikać! – powiedział zatroskanym głosem. Też miałam mu ochotę „wygarnąć” to, że nic mi rano nie powiedział i ja również nie potrafiłam przestać myśleć co się stało. – Obiecaj mi, że zawsze będziesz mówić gdzie się wybierasz, dobrze mała? – Jasne – pomyślałam – tylko daj mi wziąć oddech. Ja się duszę! – Wsiadaj, wracamy do domu. – puścił mnie i otworzył drzwi od strony pasażera. Uśmiechnęłam się jak najładniej umiałam i wykonałam jego prośbę. On natomiast błyskawicznie znalazł się za kierownicą, po czym odpalił samochód i ruszył.
- Naprawdę się zgubiłaś? – spytał po chwili i spojrzał na mnie rozbawiony. Pokiwałam głową i spuściłam wzrok zawstydzona. – No, co ty! Nie przejmuj się. Ja na początku poruszałem się tutaj tylko z ochroniarzem lub Scooterem. Niby chodziło o moje bezpieczeństwo, ale tak naprawdę to po prostu bałem się sam zapuszczać w miasto, żeby się nie zgubić. – zwierzył się. Tego bym się po nim nie spodziewała!
Dojechaliśmy do domu, z którego od razu wybiegł wujek.
- Hope, wystraszyłaś mnie! – powiedział, przez co popatrzałam na niego przepraszająco. Wzięłam notesik i napisałam:
- ‘Przepraszam, ale chciałam się przejść. Przy okazji napotkałam plażę, a nigdy nie byłam nad morzem i nie mogłam się powstrzymać i nie skorzystać z okazji.’
- Naprawdę nigdy nie byłaś nad morzem? – zapytał z niedowierzaniem Justin, który do nas podszedł. Pokręciłam przecząco głową i w tym momencie przypomniało mi się, że miałam za niedługo jechać nad nie z rodzicami. Momentalnie łzy zaczęły spływać mi po policzkach. Mimo, że nie chciałam płakać to nie potrafiłam się powstrzymać. Widziałam, że Scooter i Justin byli trochę zaskoczeni i zmieszani. Ja natomiast pobiegłam do siebie do pokoju i zamknęłam drzwi padając na łóżko i zanosząc się płaczem. Wiem, że to nic nie da, ale muszę dać upust emocjom.
Poczułam jak ktoś usiadł obok mnie i położył rękę na moich plecach, lekko je gładząc. Podniosłam głowę znad poduszki i spojrzałam na Justina patrzącego na mnie współczująco. Usiadłam obok niego i chwyciłam chusteczkę, którą mi podał. Wytarłam łzy, ale zaraz popłynęły nowe. Spuściłam głowę chowając ją w dłoniach i zaczęłam szlochać. Chłopak przytulił mnie i siedzieliśmy tak razem przez jakiś czas. Byłam mu wdzięczna, że o nic nie pytał. Potrzebowałam teraz chwili odpoczynku i wyciszenia.
Gdy w końcu poczułam się lepiej otarłam po raz kolejny łzy i napisałam drżącą ręką:
- ‘Co to za sprawa, o której nie chcieliście mi powiedzieć?’ – Justin uśmiechnął się pogodnie i odpowiedział:
- Dzisiaj spotkaliśmy się z Mariah Yeater, która obiecała odwołać wszystko i przyznać, że to nie ja jestem ojcem. – byłam wniebowzięta gdy to usłyszałam. Aż dziwne, że Justin powiedział to tak spokojnie.
- ‘Wspaniale!’ – napisałam i od razu się rozpromieniłam. Cieszę się, że ma to zamieszanie za sobą. Kosztowało go to dużo nerwów i przykrości.
- Może to uczcimy, co ty na to? – zaproponował.
- ‘Jak?’
- Jak chcesz.
Zaczęłam się zastanawiać co chciałabym teraz zrobić, jednak poczułam burczenie w brzuchu. Złapałam się za niego mając nadzieję, że Justin nie usłyszał, ale na moje nieszczęście ten szczegół nie umknął jego uwadze. Zaśmiał się i powiedział:
- Najpierw pójdziemy coś zjeść, bo nie chcemy żeby dziewczynka znowu nam zemdlała.
Zarumieniłam się na jego słowa, co również zauważył i uśmiechnął się zadowolony. Wstał żywo i wychodząc powiedział:
- Za dziesięć minut czekam na dole. – i zniknął za drzwiami.
Przebrałam się i zeszłam, napotykając wujka.
- Hope, wszystko w porządku? – zapytał zatroskanym głosem.
Uśmiechnęłam się i napisałam:
- ‘Tak, miałam mały „kryzys”, ale już jest dobrze.’
- Martwię się o Ciebie, kruszynko.
- ‘Nie ma potrzeby, ale dziękuję.’
- Chodź tu do mnie. – wyciągnął w moją stronę ręce, a ja się do niego przytuliłam. Naprawdę fajnie jest mieć takiego wujka.
- ‘Gdzie nasz pan punktualny?’
- Najwyraźniej się spóźnia. – zaśmiał się i zawołał – Justin, czekamy na ciebie. Rusz się!
Chłopak zbiegł ze schodów i powiedział:
- Czepiasz się, Scoot!
- Ta, jasne. Oczywiście to moja wina. – zaśmiał się wujek.
- A nie? – zawtórował mu Justin.
- ,Wujku, jedziesz z nami?’ – zapytałam i popatrzałam na Jusa, którego mina nie była w tym momencie zbyt wesoła. Chyba nie chciał z nim jechać. Scooter też to zauważył.
- Lepiej zostanę w domu. – powiedział. – Poczytam sobie, czy coś. – dodał. – Miłego wypadu.
- To my lecimy, cześć. – szatyn rzucił na pożegnanie i prawie wypchnął mnie z domu.
Gdy siedzieliśmy już w samochodzie zapytałam go:
- ‘Dlaczego nie chcesz jechać z wujkiem?’
- Wiesz, spędzam z nim ostatnio bardzo dużo czasu, a z tobą prawie wcale. Po prostu chciałem być tylko z tobą. Mam nadzieję, że się nie gniewasz?
- ‘Oczywiście, że nie. Nawet Cię rozumiem.’
- To dobrze. Możemy jechać?
- ‘Tak. A dokąd?’ – zapytałam. Wiedziałam tylko, że jedziemy coś zjeść.
- Zobaczysz. – odpowiedział krótko i uśmiechnął się łobuzersko.
Jechaliśmy dość długo w nieznanym mi kierunku. Justin spoglądał na mnie co jakiś czas, jakby upewniał się, czy wszystko ze mną dobrze. Głupio się tak czułam. Czasem miałam wrażenie, że traktują mnie jakbym była z porcelany, a mimo wszelkich pozorów jestem dość twarda i nie uważam się za jakieś chuchro. Są tylko dwie rzeczy nad którymi nie potrafię jeszcze zapanować – mówienie i złe sny. Myślę jednak, iż każde z nich to tylko kwestia czasu.
Samochód zatrzymał się przed średniej wielkości domem, który okazał się być małą restauracją na obrzeżach Los Angeles. Wokół znajdowało się dużo roślinności, a przede wszystkim krzaków różanych. Czułam się tam jak w jakimś tajemniczym ogrodzie.
- Podoba Ci się tutaj? – zapytał Justin, wybudzając mnie tym samym z zauroczenia tym przecudnym miejscem. Pokiwałam żywo głową i dalej przyglądałam się kwiatom. W końcu nie wytrzymałam, podeszłam do czerwonej róży i dosłownie wsadziłam głowę w jej kwiaty, zaciągając się ich słodkim zapachem. Tak dawno nie wąchałam kwiatów, a jest to jedna z moich ulubionych czynności. Mogłabym siedzieć w płatkach całymi dniami!
Selena-Gomez-3-rusher29-30760649-266-400
Z marzeń wyrwał mnie śmiech Justina. Momentalnie oprzytomniałam, ostatni raz wciągnęłam cudowną woń i niechętnie odeszłam od rośliny zmierzając w stronę rozbawionego chłopaka.
- Widzę, że lubisz róże. – powiedział i wskazał ręką na kwiaty. Uśmiechnęłam się niewinnie i kolejny raz pokiwałam głową. – Chyba już wiem, co zrobimy w drodze powrotnej do domu. – popatrzałam na niego pytająco, ale nie raczył mi powiedzieć nic więcej na ten temat. – Chodź do środka. – zachęcił i zaprowadził mnie do wnętrza domu. Tam było równie uroczo jak w ogrodzie. Gospodarz musi mieć świetny gust.
Usiedliśmy w jednym ze stolików, a po chwili podeszła do nas starsza kobieta i powiedziała:
- Dzień dobry! Justin, jak ja cię dawno nie widziałam. Co tam u ciebie?
- Po staremu, Lucy. – odpowiedział wesoło. – Poznaj proszę, Hope. – przedstawił mnie.
- Witaj słonko! Ale ty jesteś piękna! – uśmiechnęłam się na jej słowa, ale mina od razu mi zrzedła, gdyż ja nie mogłam jej nic powiedzieć. Spojrzałam błagalnie w stronę Justina, licząc na jakąkolwiek pomoc z jego strony. On od razu zrozumiał o co mi chodzi i odpowiedział kobiecie:
- Hope nie może mówić. Masz może jakąś kartkę i coś do pisania? – ku mojemu zaskoczeniu zareagowała jak gdyby nigdy nic i podała mi notesik, w którym zapisuję się zamówienia. Szybko odpisałam:
- ‘Dziękuję za komplement. Pani jest taka miła!’ – Lucy uśmiechnęła się, chyba po raz setny i zapytała:
- Jak się poznaliście? – Justin spojrzał na mnie z iskierkami radości w oczach i odpowiedział:
- To nie jest tak jak myślisz. – zaśmiał się. – Ja i Hope nie jesteśmy parą. Ona jest moją przyjaciółką, a poznaliśmy się jakiś czas temu, gdy przyjechała do swojego wujka, którym jest Scooter. – wyjaśnił.
- Ojej! Ale wyglądacie jak para. – upierała się. – Idealnie do siebie pasujecie. – zarumieniłam się na jej słowa. Co jak co, ale Justin mi się podoba (co odkryłam dość niedawno) i miło było usłyszeć, że do siebie pasujemy. Tylko, co z tego? Ja nie jestem w jego typie. Nie jestem super laską, tylko szarą myszką, której się poszczęściło i miała szansę zaprzyjaźnienia się z nim.
Zjedliśmy u tej przemiłej pani wspaniały posiłek. Gdy już skończyliśmy, kobieta poprosiła mnie, bym poszła z nią gdzieś. Popatrzałam zdziwiona na Justina, ale on posłał mi tylko swój czarujący uśmiech. Posłusznie ruszyłam za Lucy, jak się okazało do ogrodu. Usiadła na ławeczce i poklepała miejsce obok. Usiadłam i zastanawiałam się co chce mi powiedzieć. Po chwili ciszy, zapytała:
- Hope, jak to się stało, że trafiłaś do Scootera?
***
Cześć! Jak tam humory przed Wielkanocą? To są tak ważne święta, a mało kto przeżywa je we właściwy sposób. Mam nadzieję, że spędzicie radosny czas z waszymi rodzinami i będziecie wspólnie radować się zmartwychwstaniem Pana Jezusa. W końcu co może być lepszego od uratowania nam życia, co nie? Ja się strasznie cieszę, że będę zbawiona! „Świat nie jest domem mym, jam tu przechodniem jest. Me skarby w niebie są, nie w tej dolinie łez…” – mówi jedna z piosenek, którą uwielbiam. Bo czym jest nasze krótkie życie wobec wieczności?
To było tak trochę nie na temat… chociaż w sumie tematu nie było :D Dzisiaj dodaję trochę dłuższy rozdział w stosunku do poprzednich. Mam nadzieję, że wam się choć trochę spodoba. Po egzaminach napiszę coś więcej ;)
Ściskam mocno,
Ania

17. Wszystko będzie dobrze, zobaczysz

Czwartek, 20.06.12.
Obudziły mnie odgłosy dochodzące zza moich drzwi. Wstałam zaspana i podeszłam do lustra. Wyglądałam już lepiej. Śliwa pod okiem zaczęła już znikać, a rany po poparzeniach stały się prawie niewidoczne. W tym momencie jedynie moja fryzura dawała wiele do życzenia. Krótko mówiąc miałam na głowie jeden wielki nieład. Wzięłam ubrania i ruszyłam w stronę łazienki by się trochę ogarnąć. Po dziesięciu minutach wyszłam z pokoju, kierując się w stronę kuchni skąd dochodziły znane mi głosy. Tak jak myślałam, zastałam tam wujka i Justina. Zachowywali się jednak inaczej. Dokładnie nie wiedziałam na czym polega to „inaczej”, więc postanowiłam ich po prostu zapytać. Gdy weszłam, uśmiechnęli się na mój widok.
- Witaj Hope. Co tam? – powiedział wesoło wujek. Popatrzałam na niego badawczo, co zauważył i od razu spytał: – Jestem brudny, czy coś? – pokręciłam przecząco głową i napisałam:
- ‘Czemu macie takie dobre humory? Coś się stało?’ – na moje pytania uśmiechnęli się tajemniczo, a Justin powiedział jedynie:
- Dowiesz się w swoim czasie, mała. Jeszcze nic nie jest pewne.
- Dobra Justin, zbieramy się. – zakomunikował Scooter i odszedł od stołu.
Popatrzałam pytająco na Justina, ale on wzruszył ramionami i również wstał. W tym momencie naprawdę nie wiedziałam co o tym myśleć. Byłam totalnie zbita z tropu. Stałam na środku kuchni i bezradnie patrzałam jak faceci wychodzą z domu.
- Hope, zamkniesz za nami? – zapytał wujek, na co podeszłam do drzwi. – Wrócimy szybko, pa. – pożegnał się i wyszedł. Chwilkę później minął mnie Justin, który najwyraźniej czegoś zapomniał. Spojrzał na mnie przelotnie, ale kiedy zobaczył moją minę podszedł i szepnął mi na ucho, mimo tego, że w domu nie było już nikogo innego:
- Nie martw się. Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. – Uśmiechnął się pocieszająco i wyszedł.
Jak mam się nie martwić, skoro nawet nie wiem o co chodzi? Co ma być dobrze? Czy oni muszą być zawsze tacy tajemniczy? Chyba został im nawyk, żeby nie dzielić się takimi informacjami z innymi ludźmi ze względu na prasę. No cóż, nic na to nie poradzę, ale na pewno nie odpuszczę im jak wrócą.
Postanowiłam zjeść śniadanie i trochę się przejść. Myślę, że dobrze mi to zrobi. Założyłam buty i wzięłam torbę z najpotrzebniejszymi rzeczami, a następnie opuściłam posiadłość. Tak naprawdę to jeszcze nigdy nie przespacerowałam się w tym miejscu. Wcześniej nie było takiej okazji. Przyglądałam się domom stojącym przy ulicy, które na pewno należały do jakiś szych albo biznesmenów. Wielkie wille i otaczające je wspaniałe ogrody robiły naprawdę ogromne wrażenie. U nas w Little Rock nie było takich bogatych osiedli. Ale to jest Los Angeles, więc nie ma się co dziwić.
W pewnym momencie zobaczyłam znak wskazujący plażę, który przykuł moją uwagę. Jeszcze nigdy nie byłam nad morzem, a tym bardziej nad oceanem! Teraz mam szansę pierwszy raz zamoczyć nogi i poczuć przyjemny wiatr na piaszczystej plaży. Nie mogę stracić takiej okazji! Bez zastanowienia ruszyłam w kierunku wskazywanym przez tabliczkę. Byłam coraz bardziej podekscytowana. W końcu weszłam na złocisty piasek i ujrzałam ten niesamowity widok niekończącej się ilości wody. Podbiegłam do brzegu i ściągnęłam trampki, rzucając je na bok. Weszłam do wody i stanęłam tak by fale delikatnie omywały moje stopy. Jakie to cudowne uczucie!
Nagle poczułam wibrowanie komórki w kieszeni. Wyciągnęłam ją i sprawdziłam kto do mnie napisał. Telefon prawie wypad mi z rąk, gdy zobaczyłam napis „Connie”. Szybko otworzyłam wiadomość i przeczytałam: „Hope, nawet nie wiesz jak się cieszę, że do mnie napisałaś! Tak się o Ciebie martwiłam. Naprawdę mieszkasz teraz w Los Angeles?! Musimy się koniecznie spotkać. Co powiesz na to, żebym przyjechała do Ciebie w poniedziałek 1 lipca? Czekam na odpowiedź, Con”. W tym momencie nie posiadałam się ze szczęścia. Szybko odpisałam: „Connie, nie mogę się doczekać aż przyjedziesz! Mam ci tyle do opowiedzenia. Strasznie tęsknię! Nie uwierzysz, gdzie teraz jestem – nad oceanem! Muszę cię tu przyprowadzić. Co u Ciebie? Jak Ci się układa z Jamesem? Buziaczki ;)”.
Rozmawiałyśmy tak chyba z godzinę. Najlepsze jest jednak to, że Connie opuściła przez to trochę lekcji. Napisała jednak, że nie chciała stracić okazji pogadania ze mną, i że jestem ważniejsza niż fizyka i historia. Cała Con!
Po skończonej rozmowie położyłam się na piasku i wygrzewałam się na słońcu. Niestety trochę przyspałam i dopiero po jakimś czasie obudził mnie dzwoniący telefon. Zdezorientowana odebrałam, ale po chwili dotarło do mnie, że w ten sposób się nie dogadam, dlatego rozłączyłam się. To był wujek. Dzwonił już piąty raz! Na pewno już wrócili i teraz się o mnie martwi. Napisałam do niego, gdzie jestem, i że zaraz wracam. Szybko wstałam i otrzepałam się z piasku, po czym ruszyłam w drogę powrotną. Byłam na siebie trochę zła, bo nie powinno się zasypiać na plaży. To jest bardzo niebezpieczne, a w dodatku niepotrzebnie niepokoiłam Scootera swoim zniknięciem.
Wszystko było by dobrze, gdyby nie to, że w pewnym momencie stwierdziłam, iż nie wiem gdzie jestem. Byłam tak przejęta tym by jak najszybciej dotrzeć do domu, że pomyliłam drogi. Ja to jednak potrafię – pomyślałam i rozejrzałam się wokół. Chyba muszę się wrócić. Tylko skąd ja przyszłam? Tu jest zdecydowanie za dużo dróg i skrzyżowań. Zaczęła mnie powoli ogarniać panika. A co, jeśli nie znajdę właściwej? Dopiero po chwili przypomniało mi się, że mam przy sobie taki magiczny przyrząd jak telefon, który szybko wyciągnęłam i napisałam do wujka. Opisałam w miarę dokładnie miejsce, w którym się znajduje i wysłałam. Szybko dostałam odpowiedź: ”Już po Ciebie jadę =)”. Ten uśmieszek znaczy zapewne, że go to rozbawiło. To dobrze, przynajmniej będzie miał się z czego śmiać. Usiadłam na chodniku i obserwowałam bawiące się naprzeciwko dzieci. Były takie beztroskie! Dzieci są cudowne! Wszystko jest dla nich takie proste. Chciałabym, by było tak w rzeczywistości…
Nagle usłyszałam trąbienie samochodu. Odwróciłam się w jego stronę i ujrzałam…

Hejo! Jak tam? Ciężko w szkole? Wiecie co, nawet gdybym miała jutro 10 sprawdzianów to i tak nie zepsułyby mi humoru! W końcu na dworze jest tak pięknie! Wiosna na całego!!! I jak tu się nie cieszyć życiem, co?
Nowy rozdział jest bardzo krótki i w pełni zdaję sobie z tego sprawę. Muszę trochę nadrobić zaległości i spisać moje pomysły na komputer. Pewnie nie wiecie, ale ja praktycznie całą koncepcje tego opowiadania mam zapisaną na różnych kartkach. Więc jedyną kwestią w tym momencie jest połapanie tych moich wyobrażeń w jedną spójną całość. Myślałam, ze to będzie proste, ale myliłam się. Do tego potrzeba czasu, a w dodatku od dzisiaj mamy go o godzinę mniej! Ale spokojnie, ja to wszystko kiedyś zrobię. Trzeba myśleć pozytywnie :D
Gorąco proszę o uśmiech na ten nadchodzący tydzień! Becouse I’m happpyyyy!!!

16. Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą!

Środa, 19.06.12.
Oczami Justina
Wstałem rano gotowy na nowe wyzwania. Przecież to tylko próbka śliny, a nie operacja! – powtarzałem sobie w kółko. Mimo wszystko dziwnie się czuję, mając świadomość, że sprawdzają tym czy jestem ojcem dziecka całkiem obcej mi dziewczyny. Niedorzeczne, co nie?
Zjadłem śniadanie w towarzystwie Scootera, bo Hope jeszcze nie wstała. Nie rozmawialiśmy wiele i ogólnie panowała niezręczna atmosfera. Po jakimś czasie pojawił się Kenny i paru innych ochroniarzy, którzy mieli mnie eskortować. Wsiadłem do dużego czarnego samochodu z przyciemnianymi szybami, który stał pomiędzy dwoma innymi na podjeździe. Chwilę czekaliśmy jeszcze na Scootera, a potem wyjechaliśmy spod domu.
- Hope prosiła bym ci to przekazał. – powiedział i podał mi poskładaną karteczkę. Rozwinąłem ja i przeczytałem jej zawartość:
‘Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą! – to tak na pokrzepienie =) Nie daj im się. Czekam w domu (co powiesz na lekcję plucia na wysokość gumą do żucia?) xd’
Po przeczytaniu krótkiej, ale jakże zwięzłej wiadomości od Hopie roześmiałem się na głos, przez co wszyscy popatrzyli na mnie pytająco. Ona wie jak mnie rozśmieszyć.
- Nie pokażę wam, nawet o tym nie myślcie. – powiedziałem, chowając karteczkę w spodniach z chytrym uśmieszkiem.
Po wszystkim wróciliśmy do domu. Nie posiadałem się ze szczęścia mając to za sobą. Wszystko odbyło się bez dziennikarzy i paparazzi, tak jak to wcześniej ustalono. Jeszcze dziś mają podać wyniki badań, ale ja się tym zbytnio nie przejmowałem, bo znałem już odpowiedz.
Szybko wgramoliłem się do domu, ściągnąłem buty i zacząłem rozglądać się po różnych pomieszczeniach w poszukiwaniu przyjaciółki. Znalazłem ją dopiero nad basenem. Siedziała na leżaku z laptopem na kolanach i coś w nim pisała.
- Hej. – powiedziałem zaraz koło jej ucha, mając nadzieję, że mnie wcześniej nie zauważyła. Dziewczyna podskoczyła wystraszona i odwróciła się w moją stronę. Spojrzała na mnie z groźną miną, ale po chwili na jej twarzy pojawił się anielski uśmiech – nie potrafi się długo gniewać – pomyślałem. – To co z tym pluciem gumą? Nauczysz mnie? – zapytałem.
Oczami Hope
Justin wyciągnął z kieszeni paczkę gum do żucia i uśmiechnął się figlarnie. Pokiwałam żywo głową i odłożyłam komputer na bok. Wstałam i zaprowadziłam go do ogrodu gdzie rozłożyłam wcześniej folię w razie gdyby mu nie wychodziło =). Popatrzał na mnie rozbawiony i powiedział:
- Naprawdę sądzisz, że tak kiepsko mi pójdzie? Udowodnię Ci, że będę w tym mistrzem!
- ‘Pożyjemy, zobaczymy. Na początku zabezpieczymy trawnik, bo wujek nie będzie szczęśliwy gdy wdepnie w gumę.’ – napisałam.
- Chciałbym zobaczyć jego minę. – zaśmiał się.
- ‘No, dosyć gadania. Zabieramy się do nauki!’ – zarządziłam, po czym pokazałam chłopakowi jak robi się tą sztuczkę.
Płachta okazała się bardzo przydatna, bo na początku w ogóle mu nie szło. Doszło nawet do tego, że sam wdepnął w gumę. No cóż, zdarza się. Po wielu próbach Justinowi udało się pierwszy raz złapać gumę z powrotem do ust. Wydał okrzyk radości i spróbował jeszcze raz. Potem wychodziło mu to coraz lepiej. Byłam z niego bardzo dumna!
- ‘To co, kończymy? Szczerze to mam już dość gum.’ – napisałam.
- Ja też. Przez miesiąc nie wezmę żadnej do ust. – zaśmiał się. – Ale było warto. Dzięki, że poświęciłaś mi tyle czasu i byłaś taka cierpliwa.
- ‘To była dla mnie przyjemność.’
- Wiesz, bardzo lubię spędzać z Tobą czas.
- ‘Ja z Tobą też. Cieszę się, że Cię spotkałam. Myślę, że zbieranie się po śmierci rodziców zajęło by mi dużo dłużej gdyby nie twoja pomoc. Jestem Ci bardzo wdzięczna.’ – napisałam, a po moim policzku spłynęła pojedyncza łza.
- Nie płacz mała. – powiedział i przytulił mnie.
Trudno powiedzieć czy płakałam z tęsknoty za rodzicami, czy ze szczęścia, że mam takiego przyjaciela. Chyba jedno i drugie.
W pewnym momencie usłyszeliśmy wołanie wujka, który oznajmiał nam, że obiad jest gotowy i żebyśmy przyszli. Szybko zwinęliśmy folię i ruszyliśmy do kuchni. Po zjedzeniu posiłku do Justina zadzwoniła mama więc poszedł do siebie by z nią porozmawiać. Ja natomiast stwierdziłam, że zabiorę się za mój pokój, do którego przyjechały dziś rano meble i inne rzeczy. Dzięki pomocy wujka udało mi się przenieść wszystko i ustawić w odpowiednich miejscach. Wszystkie te czynności włączając w to udekorowanie, zajęły mi resztę dnia i dopiero wieczorem stanęłam na środku gotowego pokoju i rozejrzałam się po nim. Był idealny! Zmęczona, ale szczęśliwa rzuciłam się na łóżko. Po raz kolejny przeanalizowałam to co stało się w ciągu ostatnich tygodni. Nie do wiary, jak jedna noc może odmienić życie. Nigdy nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy. Zastanawiam się co u Connie. Bardzo chciałabym żeby mi odpisała na mój list. Brakuje mi jej strasznie. To do niej zawsze zwracałam się po pomoc, a teraz jej tu ze mną nie ma. Dobrze, że mam chociaż Justina i wujka. Nie wiem co bym zrobiła bez ich pomocy. Tak bardzo chciałabym się im odwdzięczyć, ale ja nawet nie potrafię im podziękować.

***
Hejka! Od razu przepraszam, że rozdział jest taki krótki, ale nie mam czasu nic pisać i dodawać. Jak wiecie lub nie wiecie, jestem w trzeciej klasie gimnazjum i za niedługo są egzaminy. Wiem, prawie każdy się tak tłumaczy i naprawdę ja nie chcę, ale brak czasu jest wielkim problemem. W dodatku przydałoby się mieć dość dobre świadectwo na koniec, a moje oceny wymagają poprawy i to dużej. Jeszcze raz z całego serca przepraszam. Ania ;)

15. Tym razem Cię nie puszczę.

Dedykuję ten rozdział wielu osobom. Nie będę pisała komu, bo to i tak wam nic nie powie, a one nie wiedzą nawet o istnieniu tego bloga. ;) Ale wśród nich jest też Werka, która zna go bardzo dobrze :D SO ENJOY!!!
***
Oczami Kennego
- Justin! Gdzie Hope?! – krzyczałem.
- Hope, gdzie jesteś?! – nawoływał Scooter, który wyglądał na bardzo zmartwionego zniknięciem siostrzenicy.
Niestety im bardziej przedzierałem się w stronę nastolatka, tym bardziej byłem wypychany na bok. Niesamowite jaką siłę mają te dziewczęta! Odnalazłem Scootera, po czym zadzwoniłem po posiłki.
- Kenny, musimy ich znaleźć! – krzyczał zrozpaczony.
- Nie martw się. Dadzą radę. Zaraz będą z nami. – uspakajałem go. – To moja wina. Mogłem ich bardziej pilnować.
- Nie mogłeś nic więcej zrobić. Nikt nie dałby rady. – pocieszył mnie. – Najbardziej martwię się o Hope. Co, jeśli coś jej się stało? Nie wybaczyłbym sobie tego.
- Zaraz ktoś przyjdzie z pomocą.
Oczami Justina
Ludzie, ogarnijcie się! Dajcie mi żyć! – chciałem krzyczeć. Ale to i tak nic by nie dało. Jestem w tłumie rozwrzeszczanych, nieopanowanych fanek. Wszystkie chcą mnie chociaż dotknąć. Straciłem jakikolwiek kontakt ze swoim ochroniarzem, menagerem i co najgorsze, także z Hope! Nerwy powoli mi puszczały. Miałem ochotę z całej siły odepchnąć wszystkie te dziewczyny i dotrzeć jak najszybciej do przyjaciółki, która potrzebowała teraz mojej pomocy. Przed oczami przemknęła mi moja bluza, którą miała na sobie. Z przerażeniem stwierdziłem, że nie jest już na Hope. I jak ja ją teraz znajdę w tym tłumie?! Scooter mnie zabije jak mnie znajdzie!
- Hope! Pokaż się! Gdzie jesteś?! Hope! – krzyczałem z całej siły.
Nagle zobaczyłem jak jakaś dziewczyna siedzi na drzewie znajdującym się na środku pasażu zaraz koło fontanny, machając do mnie. Pierwsza myśl jaka przemknęła mi przez głowę: „czego one nie robią żeby zwrócić na siebie uwagę?”, a potem z radością stwierdziłem, że to moja zguba. Chciało mi się śmiać, gdy pomyślałem jak pomysłowa jest Hope, ale zaraz skarciłem się w myślach, że dla niej to nie jest zabawne. Powoli, ale systematycznie przesuwałem się w jej kierunku. Po kilku minutach dotarłem do wymęczonej przyjaciółki.
- Hope, chodź do mnie! – krzyknąłem i wyciągnąłem ku niej ręce. Na jej twarzy widać było ulgę. Zsunęła się powoli po pniu i wylądowała w moich ramionach. Nawet nie wiecie jaki byłem w tym momencie szczęśliwy, że ją odzyskałem.
- Już wszystko dobrze. Zaraz nas stąd zabiorę. – wyszeptałem do jej ucha. Ona pokiwała lekko głową i wtuliła się we mnie. Rozejrzałem się w poszukiwaniu jakiegokolwiek wyjścia czy schowka. Pierwsze co zobaczyłem to toalety. Nie są daleko, dam radę tam dojść – pomyślałem i zacząłem się przedzierać. W końcu dotarłem do mojego celu i wszedłem do jednego pomieszczenia, zamykając je na klucz. Posadziłem Hope obok umywalki i spojrzałem na nią zatroskany. Była cała zmiętolona, a jej twarz zasłaniały potargane włosy. Odsłoniłem czarną kurtynę z jej buzi i z przerażeniem stwierdziłem, że jej twarz jest napuchnięta, pod okiem ma wielką śliwę, a w oczach łzy.
- Przepraszam, miałem z wami nie iść. Przeze mnie masz same problemy. – powiedziałem i znów popatrzałem w jej smutne oczy, z których zaczęły wypływać ciepłe łzy. – Bardzo cię boli? Co one z tobą zrobiły? – chwyciłem za jednorazowe ręczniki i zmoczyłem je zimną wodą. Następnie przyłożyłem do jej twarzy. Skrzywiła się, gdy zimny okład dotknął jej skóry, ale po chwili wymusiła uśmiech wdzięczności.
Do naszych uszu doszedł dźwięk otwieranych drzwi. Co znowu? Kolejna piszcząca nastolatka?! – pomyślałem i stanąłem tak aby nie było widać mojej twarzy.
- Co pan tu robi?! – usłyszałem zirytowany głos jakiejś nastolatki. – Proszę opuścić to pomieszczenie. To jest toaleta damska. – Chciało mi się śmiać, gdy to usłyszałem. Lepiej nie mogłem trafić?
- Przepraszam, ale to w tym momencie niemożliwe. Widziałaś ten tłum w holu? – starałem się mówić jak najbardziej nie swoim głosem. Hope także była rozbawiona zaistniałą sytuacją. Przynajmniej się uśmiecha.
- Tak widziałam, ale to nie tłumaczy twojej obecności tutaj. – ciągnęła. Nie no, dziewczyno! Nie możesz sobie odpuścić?
- Nie da się stąd wyjść i tobie też nie radziłbym próbować. – tłumaczyłem, choć coraz bardziej traciłem cierpliwość.
- Jak wszedłeś to i wyjdziesz. Mam zadzwonić po policję? – zaczęła mi grozić. Tego było za wiele.
- Będę ci bardzo wdzięczny jeśli to zrobisz, bo sam miałem taki zamiar.
- Jesteś jakiś stuknięty! Ty na pewno porwałeś tą dziewczynę. Ej, nic ci nie jest? Powiedz coś. – zwróciła się do Hope, a ona popatrzała na nią lekko zmieszana.
- Mam tego dość. A co powiesz na to, że z mojego powodu jest to zamieszanie? – powiedziałem podirytowany i odwróciłem się w jej stronę. Zamurowało ją, to było pewne. Stała nieruchomo z szeroko otwartą buzią. – Justin jestem. Justin Bieber. Miło mi cię poznać. Wyobraź sobie, że wszedłem do damskiej łazienki szukając schronienia przed tym tłumem na zewnątrz. Zrobiłem to przede wszystkim dlatego, że moja przyjaciółka została poturbowana i muszę ją chronić przed kolejnymi ciosami ze strony moich fanów. Jeszcze jakieś pytania?
- Nie. – zdołała powiedzieć i oparła się o ścianę. Wyglądała jakby zobaczyła ducha. W sumie to trochę jej się dziwię, bo przyszła tu żeby mnie spotkać, więc o co jej chodzi?
Postanowiłem dłużej się nią nie przejmować. Niech trochę ochłonie, to porozmawiamy. Odwróciłem się przodem do Hope starając ocenić jej stan. Chyba było już lepiej. Pokazała mi ruchem ręki czy mam coś do pisania. Szybko podałem jej długopis, który zawsze nosiłem, a ona napisała coś na ręczniku.
- ‘Może zadzwonisz do Scootera?’
- Świetny pomysł. Pewnie się o nas martwi. – wyciągnąłem komórkę i skontaktowałem się z nim. W jego głosie wyczuwałem ulgę. Polecił nam byśmy zostali na swoim miejscu i czekali, a ktoś za raz po nas przyjdzie.
- Będziemy żyć. – zażartowałem po skończonej rozmowie. Hope uśmiechnęła się na moje słowa i spojrzała w stronę naszej towarzyszki, która poczuła się trochę lepiej.
- ‘Jak masz na imię?’ – napisała do niej i podeszła podając kawałek ręcznika papierowego.
- Jestem Cynthia. A ty? – zapytała niepewnie, zerkając co chwilę w moją stronę. Chyba trochę ją przestraszyłem. Postanowiłem poprawić trochę nasze relacje i podszedłem do dziewczyn.
- To jest Hope. – odpowiedziałem i uśmiechnąłem się przyjaźnie. – Moja najlepsza przyjaciółka.
- Przepraszam, że tak na ciebie naskoczyłam. – powiedziała bliska płaczu.
- Nie szkodzi. Ja też nie zachowałem się najlepiej. – pocieszyłem ją. – To co, przytulisz mnie na zgodę? – spytałem poruszając zabawnie brwiami. W tym momencie sprawiała wrażenie wniebowziętej. Z chęcią skorzystała z mojej propozycji, a później zapytała:
- Podpiszesz mi się na koszulce?
- Jasne. – odpowiedziałem i machnąłem jej podpis.
- Mogę zrobić sobie z tobą zdjęcie? – spytała znowu.
- Hope, zrobisz nam? – dziewczyna podała jej komórkę, którą strzeliła nam kilka fajnych fotek.
- Dziękuję. Wiesz naprawdę jesteś taki super jak sobie wyobrażałam.
- Miło mi to słyszeć. – zaśmiałem się.
- Jesteś jeszcze przystojniejszy na żywo.
- Serio? A ja myślałem, że nic nie przebije wspaniałych retuszy na plakatach i zdjęciach. Chciałabyś przyjść na mój koncert, który odbędzie się za niedługo, w okolicy?
- O niczym innym nie marzę. – westchnęła.
- Dam ci bilet, tylko musisz dać mi swój adres. – powiedziałem, a ona zaczęła podskakiwać i płakać ze szczęścia. Na kawałku ręcznika napisała mi to o co prosiłem, a ja schowałem papierek do kieszeni w spodniach.
Rozmawialiśmy jeszcze jakiś czas. Hope także uczestniczyła w rozmowie. Było miło, ale długie przesiadywanie w toalecie nie jest tym, o czym każdy marzy.
Usłyszeliśmy w końcu długo oczekiwane głosy Kennego i innych ochroniarzy. Otwarłem drzwi i wyszedłem z łazienki trzymając mocno rękę przyjaciółki. Tym razem jej nie puszczę!
- Jak dobrze was znowu widzieć. – powiedział szczęśliwy Kenny i uściskał nas.
- Też nie posiadam się ze szczęścia. – powiedziałem. – Kenny, ja chcę żyć! – zacząłem się szamotać, kiedy zaczęło brakować mi powietrza w płucach.
- Hope, co ci jest? – był zaskoczony, gdy ujrzał jej twarz. – Chodź do mnie dziecinko. – wziął ją na ręce. – Justin dasz radę sam iść?
- Żartujesz sobie?! – oburzyłem się.
- Tak. – zaśmiał się.
W towarzystwie mnóstwa ochroniarzy dotarliśmy bezpiecznie do samochodu, a później do domu. Zmęczeni padliśmy na kanapę.
- Koniec wychodzenia na zakupy bez ochrony. – powiedział Scooter, któremu zapewne przybyło siwych włosów na głowie przez to zdarzenie. – Martwiłem się o was.
- Przepraszam, gdybym się nie uparł żeby z wami iść to nic by się nie stało.
- To prawda, ale masz prawo do wychodzenia z domu tak jak każdy, więc nie powinienem cię winić. – odpowiedział. – Hope, jak się czujesz? – spytał z troską.
Oczami Hope
- ‘Nie najgorzej.’ – odpisałam i uśmiechnęłam się. Byłam trochę poobijana. Oprócz śliwy pod okiem i kilku siniaków nic mi jednak nie było.
- To dobrze, ale wyglądasz przepięknie! – pokręcił głową i zaśmiał się.
- ‘Do twarzy mi z tymi cieniami, co nie?’ – napisałam, także rozbawiona moim wyglądem. U nas w domu zawsze podchodziliśmy do takich rzeczy z humorem. To bardzo dobrze rozładowywało emocje. Przez chwilę pomyślałam, co powiedziałby na to mój tata. Pewnie miałby ze mnie duży ubaw. Mama natomiast znalazłaby jakiś cudowny sposób żeby szybko zniknął siniec i powiedziałaby, że do wesela się zagoi. Strasznie za nimi tęsknię! Jednak nie mogę wiecznie płakać i użalać się nad sobą. Nie dość, że wcale nie czuję się przez to lepiej to jeszcze sprawiam przykrość innym swoim egoistycznym zachowaniem. Koniec z tym! Od teraz będę żyć nowym życiem. Oczywiście nie wymarzę z niego wspomnień o rodzicach, ale nie będę ich opłakiwać, bo to w końcu nic nie zmieni. Tylko dlaczego nadal nie mogę powiedzieć ani jednego małego słówka? Chcę normalnie komunikować się z ludźmi, a nie liczyć na to, że zrozumieją i nie będą o nic pytać. Przecież umiem mówić!
Reszta dnia minęła mi na przygotowywaniu pokoju do gruntownej przemiany. Żeby psychicznie się odmienić dobrze jest zmienić otoczenie. Cieszę się, że się wyprowadziłam. Chociaż tęsknie za Connie i resztą przyjaciół to wiem, iż jest to właściwe, a kontakt z nimi mogę mieć przecież nadal.
Chciałabym zmienić wystrój pokoju, bo własny kąt powinien być przytulny i taki, jaki sprawia, że nigdzie indziej nie czujesz się lepiej, czyż nie? Na szczęście nie muszę robić wszystkiego sama, ponieważ mam niezastąpionego pomocnika – Justina.
***
Jeśli się wam podobało, to zachęcam do komentowania! Każdy jeden daje tyle radości (same wiecie) XD

14. Szalone zakupy – tylko z Tobą!

Dedykuję ten rozdział Nicol ;) na prawdę fajnie, że jesteś i zawsze mogę liczyć na komentarz od ciebie <3 mam nadzieję, że się spodoba :D

Wtorek, 18.06.12.
Oczami Hope
Dzisiaj wstałam wyjątkowo późno. Może dlatego, że rozmawiałam do późna z Justinem. Mimo tego było warto. Dowiedziałam się o nim wielu rzeczy, których nie opowiedział mi wcześniej. Między innymi o jego rodzinie i o tym jak stał się sławny. To było naprawdę ciekawe. Nie dziwię się, że piszą o nim książki, bo jego życie jest niesamowite.
Leżałam na łóżku i przyglądałam się swojemu pokojowi. Był taki pusty i szary. Moje poprzednie lokum przypominało wesołe miasteczko. Wszystko kolorowe, zwariowane i ułożone w artystyczny nieład, w którym tylko ja potrafiłam się odnaleźć. Mój własny kącik powinien był wesoły i przytulny. Tego pomieszczenia z pewnością nie można tak nazwać. Muszę to koniecznie zmienić. Dzisiaj jest dobry dzień na to by rozpocząć gruntowne przemeblowanie. Ciekawe co na to powie wujek? Myślę, że nie będzie miał nic przeciwko. W końcu sam powiedział, że jest mój.
Przy śniadaniu byłam nieobecna, gdyż planowałam, jak będzie to wszystko wyglądało.
- Hope, co jesteś taka zamyślona? – spytał wujek.
- ‘Chciałabym dzisiaj zmienić wystrój swojego pokoju.’
- Świetny pomysł. Dzisiaj nie mamy praktycznie nic do roboty. Mogę z tobą pojechać na zakupy.
- ‘Dziękuję.’
- Będziesz miała najładniejszy pokój. Zgaduję, że chcesz żeby był kolorowy i przytulny?
- ‘Obowiązkowo.’
- Jesteś taka jak twoja mama. Jej pokój były najweselszym pomieszczeniem w domu. To była jej oaza, w której zawsze się chowała.
- ‘Czemu nie utrzymywałeś z nami kontaktów?’
- Dawno temu nasze drogi się rozeszły, twoja mama wyjechała z twoim tatą bardzo daleko i straciliśmy wszelkie kontakty.
- ‘Odległość to nie powód dla którego ludzie tracą całkiem kontakty. Powiesz mi co się tak naprawdę stało?’
- Dobrze, powiem. – westchnął i skinął abyśmy usiedli w salonie. – Moi rodzice byli bardzo zaborczy. Nie mogliśmy praktycznie opuszczać domu, chyba że szliśmy do szkoły albo na zakupy. Nikomu się to nie podobało, ale podporządkowywaliśmy się, bo rodzice nas bili jeśli zrobiliśmy coś złego. Kiedy miałem dwadzieścia dwa lata, Dorothy dwadzieścia jeden, a Rose siedemnaście nastąpił przełom w naszej rodzinie. Rodzice dowiedzieli się, że Rose spotyka się potajemnie z twoim tatą i wpadli w furię. Ojciec bardzo ją wtedy zbił, a my z Dorothy jako że kochaliśmy bardzo naszą młodszą siostrę, stanęliśmy w jej obronie. Oberwało się wszystkim. W nocy postanowiliśmy uciec z domu. Rose wyjechała z Samem (ojcem Hope), a ja i Dorothy razem. Gdy tylko się w miarę ustatkowaliśmy doszła do nas wiadomość, że ojciec zmarł na zawał. Dorothy chciała żebyśmy wrócili do mamy, ale ja nie miałem takiego zamiaru. W końcu ona zdecydowała się wrócić do matki i mimo wszystko jej pomóc. Ja natomiast pracowałem tu i ówdzie chodząc na studia zaoczne.
- ‘Mama nigdy mi o tym nic nie opowiadała.’
- Bo nie chciała źle mówić o rodzicach. Miała taką złotą zasadę, której się zawsze trzymała.
- ‘A co jest teraz z Dorothy?’
- Nie mam zielonego pojęcia. Straciliśmy ze sobą kontakt kilka lat temu. Z tego co wiem to ona ma rodzinę i mieszka w naszym rodzinnym domu, ale pewności nie mam.
- ‘Skoro tak kochaliście mamę, to dlaczego jej nie szukaliście?’
- Szukaliśmy, ale sama widzisz jak daleko mieszkacie. Wtedy nie mieliśmy telefonów i ludzie kontaktowali się listownie, a skoro nie wiedziałem gdzie ona się zatrzymała, to jak miałem ją znaleźć.
- ‘Ale o Tobie i Dorothy mogła mi powiedzieć.’
- Miała zapewne swoje powody.
- ‘Ciekawe dlaczego trafiłam akurat do Ciebie? Przecież jest jeszcze Dorothy, no i rodzina taty.’
- Mi powiedzieli, że jestem twoją jedyną rodziną. Sam się zastanawiam, skąd to wiedzieli.
- ‘Nie chciałabym być przydzielona nigdzie indziej.’
- Cieszę się, że tak myślisz. To co, jedziemy na te szalone zakupy? – powiedział entuzjastycznie i zerwał się na równe nogi.
- ‘TAK!’ – napisałam i również wstałam z fotela.
- Jakie szalone zakupy? Dlaczego ja o niczym nie wiem? – usłyszeliśmy zaspany głos Justina. Chłopak wyłonił się zza ściany i ziewnął ostentacyjnie.
- Jadę z Hope kupić nowe rzeczy do jej pokoju, który będzie dziś urządzać. – wytłumaczył wujek.
- Mogę jechać z wami? – spytał i popatrzał prosząco a Scootera.
- No, nie wiem. To jest dość duże ryzyko. Ktoś cię może zauważyć i w ciągu piętnastu minut w centrum znajdą się tysiące fanów. Justin, może lepiej zostaniesz?
- Pewnie, zostanę i umrę z nudów. – powiedział obrażonym tonem.
- Nie przesadzaj to tylko kilka godzin.
- A jak się bardzo zamaskuję? Słowo daję, że mnie nie poznacie jak się przebiorę. Zgolę włosy na głowie i ubiorę dresy, co wy na to? – Justin zaczął się wygłupiać. Wujek już chciał coś odpowiedzieć, ale zadzwonił jego telefon. Odebrał i zaczął rozmawiać:
„Cześć Kenny. – Tak. – Pewnie, tylko że wybieram się właśnie na zakupy z Hope, moją siostrzenicą. Muszę cię z nią poznać. – Tak? A może byś się nim zajął, bo coś mu dzisiaj odbija i gada o jakimś goleniu głowy. – Jak ty mnie dobrze znasz! – Niech będzie. – Do zobaczenia.”
- Justin, masz szczęście. Kenny zaproponował, że pojedzie z nami na zakupy.
- A jaki to ma związek ze mną? – zapytał wyraźnie zainteresowany.
- Taki, że dzięki temu zgadzam się żebyś też jechał.
- O tak! – wydał radosny okrzyk.
- Ale przebrać się i tak musisz. – powiedział żartobliwie Scooter.
- Się robi. – zasalutował i pobiegł do pokoju, zwijając przy okazji kilka tostów z kuchni.
- Hope, powiedz mi, czy on kiedyś dorośnie? – zaśmiał się. Wzruszyłam ramionami także rozbawiona zachowaniem szatyna.
Około godziny później
Usłyszałam dzwonek do drzwi, który oznajmiał przyjście Kennego. Wszyscy jak na zawołanie stanęli w holu i przywitali entuzjastycznie ochroniarza Justina.
- Cześć wszystkim. – powiedział Kenny i zwrócił się do mnie. – To ty jesteś ta sławna Hope, o której tyle słyszałem. – uśmiechnęłam się na jego słowa i podaliśmy sobie ręce. – To gdzie się wybieramy?
- Jedziemy wyposażyć pokój Hope. – odpowiedział wujek.
- Założę się, że nie postarałeś się zbytnio żeby jej pokój wyglądał inaczej niż reszta? – spytał i puścił do mnie oczko.
- Niestety nie miałem czasu, ale za to sama będzie mogła go urządzić tak jak jej się będzie podobało, co nie Hope? – pokiwałam głową i zaczęłam ubierać buty.
- Justin, coś ty znowu nabroił, co? – zażartował ochroniarz i klepnął go po ramieniu.
- Co ty koleś, odbiło ci? Jaki Justin? Jestem Will Meal! – odpowiedział udając oburzonego. – Jak w ogóle mogłeś pomylić mnie z tym frajerem? – ochroniarz zaśmiał się i pokręcił głową.
- To twoja przykrywka? Kiepsko ci to wyszło. – starał się nie wybuchnąć śmiechem.
- Cicho! Jeszcze tego nie dopracowałem. Trudno jest co chwilę wymyślać nową tożsamość. A tak poza tym, ty też mógłbyś coś ze sobą zrobić. Prawdziwe Beliebers wiedzą kim jesteś i wątpię żeby uwierzyły, że koleś kropla w kroplę podobny do Justina Biebera chodzący w towarzystwie jego ochroniarza i menagera to nie on. – wypowiedział się.
- Masz rację. Narzucę kapucę i włożę okulary. Starczy, panie mądralo? – żartował. Justin już chciał mu się odciąć, ale powstrzymał go Scooter mówiąc:
- Dobra, dosyć. Wychodzimy! – zarządził i otworzył drzwi przepuszczając mnie w nich.
Oczami Kennego
Wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w stronę sklepów. Szczerze to byłem mega ciekawy czy ludzie rozpoznają Jusa w jego „kamuflażu”. Mimo wysiłku jaki musiał włożyć żeby wybrać się poza dom, nie odpuścił sobie. Z tego co pamiętam, to Justin nie przepadał za zakupami i zazwyczaj wysyłał na nie kogoś. Tym razem jednak sprawiał wrażenie bardzo podekscytowanego. Myślę, że ma to związek z siostrzenicą Scootera. Justin nie odstępuje jej na krok.
Chodziliśmy po centrum i zbieraliśmy rzeczy do nowego pokoju Hope. Dziewczyna ma świetny gust. Widać było, że wszystko dobierała starannie, tak aby każdy kąt jej „królestwa” był zapełniony, ale nie znajdowały się tam zbyteczne szpargały. Sprawiało jej to dużo radości, ale myślę, że przede wszystkim dlatego, że nie robiła tego sama tylko z najbliższymi jej osobami, a w tym przypadku byli to Scooter i Justin. Zapewne brakuje jej rodziców, których bardzo kochała. Skąd to wiem? Ludzie raczej nie zamykają się aż tak w sobie w ten sposób, po utracie kogoś bliskiego. Pierwszy raz się z czymś takim spotkałem. Nie jestem psychologiem ale trochę znam się na ludziach. Zauważyłem jeszcze jedno i jestem przekonany, że nie tylko ja. Justin i Hope są bardzo ze sobą związani. Znają się zaledwie tydzień, a zachowują trochę jak papużki nierozłączki. Hope bardzo na nim polega i wszystko konsultuje na swój sposób, natomiast Justin nie odstępuje jej na krok, tak jakby bał się, że zrobi sobie coś złego. Oboje mają na siebie dobry wpływ. Justin jest dla niej pewnego rodzaju podporą, a Hope potrafi jak nikt pocieszyć go, jak i pouczyć w razie potrzeby. Niesamowita przyjaźń!
Zakończyliśmy wyprawę w kawiarni, pałaszując desery lodowe. Byliśmy zadowoleni z wyniku poszukiwań. Wszystko byłoby idealnie gdyby nie to, że w pewnym momencie jakaś mała dziewczynka rozpoznała Justina i zaczęła piszczeć jak najęta. Wszyscy ludzie zwrócili na nas uwagę, co było jak najbardziej niewskazane. Nie dokończywszy deserów wyszliśmy , szukając najbliższego wyjścia z centrum. Jak na złość na naszej drodze stawało coraz więcej wiernych fanek Justina. Widziałem, że uciekanie przed nimi sprawiało mu przykrość, ale nie miał za bardzo wyjścia. Po pierwsze rozerwałyby go na drobne kawałeczki, a po drugie chodziło też o bezpieczeństwo Hope. Media nie mogą o niej wiedzieć jak najdłużej się da. Miałaby później straszne problemy, będąc rozpoznawana jako znajoma Justina Biebera.
Tłum był coraz większy, a my nadal nie umieliśmy się przepchać do wyjścia. Hope wyglądała na przerażoną, natomiast Justin na lekko skołowanego. Coraz trudniej było im iść, mimo że torowałem im drogę. W pewnym momencie Hope się potknęła i upadła. Justin szybko pomógł jej wstać, ale w tym momencie rozdzieliliśmy się. Dziewczyny otoczyły chłopaka ze wszystkich stron, przy okazji odpychając Hope i nas. I tu przestało być śmiesznie. Justin rozglądał się nerwowo w poszukiwaniu pomocy z naszej strony. Zobaczyłem tonącą w tłumie bluzę Jusa, którą wcześniej dał Hope żeby nikt jej nie widział. To nie znaczyło nic dobrego. Albo Hope znajduje się jeszcze w tym ubraniu, albo jest pod nogami fanów.

***
Hello! Co tam u was? Czy tylko mnie tak przeraża chodzenie do szkoły? Jak ja tego miejsca nie lubię! Można się zanudzić albo zestresować na śmierć =(
No, dosyć o mnie. Jak już pewnie zauważyłyście, dodałam nową część (zgaduję, że pewnie nawet ją przeczytałyście :D ) Zachęcam do szczerego komentowania ;)
Jeżeli któraś z was nie słuchała jeszcze, to gorąco polecam nowy album Little Mix – „Salute” (poprzedni album „DNA” jest równie dobry) dziewczyny są po prostu niesamowite! Mogłabym tego słuchać 24/7!!! Moją ulubioną piosenką jest (w tym momencie, bo co chwilę się to zmienia) „A Different Beat”. Uwielbiam do tego tańczyć i wam też polecam spróbować: cegła, cegła, szpachla, szpachla… znacie to?